środa, 23 grudnia 2015

Cholernie świątecznie!

Ja wiem, że dziś wszyscy się spieszą żeby zdążyć się zacząć od jutra objadać, wizytować się i składać życzenia. Mam oczywiście to samo zatem... będę się streszczał.
Życzę przeto Wszystkim tym, którzy mają jeszcze ochotę czytać czasem moje wypociny i Wszystkim którzy tego nie robią (nie wiedzą co tracą...), aby najgorszy dzień przyszłego roku był lepszy od najlepszego dnia roku mijającego, abyście w zdrowiu i spokojności ducha przetrwali falę ataku klonów i zarobili co najmniej milion dolarów. Abyście dostali taczkę wymarzonych prezentów, a na jej spodzie znaleźli bilety na Hawaje.
Ja, ze swojej strony, obiecuję gnębić wszechogarniającą nas ostatnio głupotę na miarę moich intelektualnych możliwości z nadzieją, że nie potrwa całą kadencję.
Zdaję sobie sprawę z beznadziei moich poczynań, ale w coś jednak należy wierzyć.
Spędzajcie więc święta na miarę swoich możliwości i przyzwyczajeń, bo z pewnością tak lubicie robić, a ja, jako kucharz z zamiłowania, podsyłam (a co mi tam!) zdjęcie tych kilkunastu wigilijnych potraw czekających z niecierpliwością na kuchennym blacie na jutrzejszą konsumpcję.


Będą jeszcze pierogi...

 

niedziela, 20 grudnia 2015

"KOP" czyli Komitet Obrony Paczkowa... Chu"JOW"-y ten dzisiejszy wpis...

Miś Colargol dostał od króla ptaków czarowny flecik. Gdzie go sobie potem wsadził, żeby śpiewać jak słowik - bajka nie mówi. Zakładam, że stało się to na Przedgórzu Sudeckim po roku 1254, kiedy to sławetny Paczków dostąpił aktu lokacji, na prawie flamandzkim zresztą, dzięki wrocławskiemu biskupowi, Tomaszowi Pierwszemu zresztą, i stał się miastem. Historia Paczkowa jest więc długa i, powiedziawszy szczerze, mało ciekawa, do czasów niemal nam współczesnych. Do roku 1962 konkretnie, kiedy to, zapewne październikową nocą, jakiś oszalały plemnik przebił się do wnętrza jaja, dając początek nowemu jestestwu, nazwanemu dziewięć miesięcy później: Colargol. Ów, zrodzony po dziewięciu miesiącach miś, nie wyróżniający się ani specjalną inteligencją, ani innymi cechami lokalizującymi go gdzieś pomiędzy amebą a pantofelkiem dostał, w rzeczonym Paczkowie zresztą, w warunkach, o których historiografowie chwilowo jeszcze nie piszą, ale któremu gomółkowskie mleczko zaszkodziło, akces do wzrostu. Wcinający się do wnętrza jajka plemnik popełnił jednak jeden, kardynalny błąd. Miś nie dostał flecika, który mógłby sobie gdzieś wsadzić...
Miś jednak tego jeszcze nie wiedział. Rozpadający się Paczków drżał w posadach słuchając zawodzenia nawiedzonego misia, w okolicach jedynego paczkowskiego skrzyżowania okrążającego paczkowski rynek, na którym paczkowski miś zdzierał paczkowskie zelówy zawodząc wniebogłosy i powodując brak ochoty do prokreacji paczkowskich zwierząt, które, jak wiadomo, zwierzętami stoi. Wypieprzono zatem misia poza granice Paczkowa i miś się wyniósł. Ku chwale Paczkowa, ale na pohybel reszcie kraju.
Zidiociały ptasi król bowiem, napotykając zidiociałego misia, zgodził się na machniom.
- Ty dasz mi smętne resztki swojej... że tak powiem... inteligencji, a ja ci dam flecik czarowny byś śpiewać mógł niczym słowik. Fju fju fju fju fju fju fju.
Miś inteligencji chwilowo nie potrzebował, chciał śpiewać, więc zgodził się bez wahania.

To, po raz pierwszy spisana, prawdziwa, historia powstania grupy "Piersi", z misiem jako frontmenem.

Minęły lata.
Miś ewoluował radykalizując się z lekka, a jako ofiara królewskiego, a jednocześnie ptasiego molestowania, miś, asekuracyjnie, postanowił zostać chu"jowy". Znając smak wepchniętego do gardła królewskiego flecika przyszło mu to bez trudu.
Dzisiejszy miś jest szychą.
Szycha to taka szyszka z iglastego drzewa, które nie ma nic ciekawszego do roboty niż produkowanie szyszek. Na szczęście jest jeszcze mniej zbędna od misia, bo... produkuje tylko szyszki. Miś produkuje jeszcze nacjonalizm.
Miś jest zbędny jak dziesięciokrotne wycieranie dupy. Szkoda papieru.
Miś jest jedynym prawdziwym Polakiem. Miś wszystko wie najlepiej.
Proponuję zatem stworzyć wraz z misiem koalicję pod nazwą... hmmm... "KANTARE" czyli: "KOMITET ATAKÓW NA TERRORYSTÓW ROZWALAJĄCYCH EUROPĘ"

I co? Mówiłem, że nie będę już w tym roku o polityce?


czwartek, 17 grudnia 2015

Korowód czyli odrobina kultury w chaosie.

Chciałbym już wreszcie przestać zajmować się tą wstrętną polityką i jeszcze wstrętniejszymi ich "twórcami", ale, cholera, się nie da! Żyję w kraju na rozdrożu, pełnym zakłamańców i niedowartościowanych debili, którzy coraz ściślej zaczynają oplatać nas swoimi mackami; nieudolnie próbujących sprostać czynnościom, do których nigdy nie dorosną, ośmieszającymi intelekt i prawo. Wyśmiewam się z nich, ale prawda jest taka, że potwornie mnie irytuje przyzwolenie na tak haniebny proceder.
Nie pojmuję dlaczego dopuściliśmy do przejęcia władzy tak bezczelnej grupki oszołomów, która, już teraz, codziennie raczy nas swoimi cyrkowymi występami? Co będzie za rok? Kibel, w który możemy wpaść... Ah! Szkoda mówić.
Największe pretensje mam jednak do wyborców. Stawiam diamenty przeciw kasztanom, że wybór Dudy był zaskoczeniem nawet dla Kaczora! Było oczywiste, że to człowieczek przeznaczony na odstrzał, z ósmej półki od góry, tej przy podłodze, wśród pająków i kurzu. I masz ci los! Najbliższe pięć lat będziemy zbierać włoski z tego wyczesanego moherka.
Moja rada jest taka.
Nie śmiejmy, chociaż teraz, zamiatać ich pod dywan, bo wylezą, przylepią się do kapci i rozniosą po pomieszczeniach. Nie opanujemy tego.
Kaczor robi się coraz starszy, mądrzejszy zatem nie będzie, bardziej chamski i bezczelny - i owszem. Pies go je...ł, niech zbuduje pomniki braciszka i namaluje odciski jego stopek na chodnikach Warszawy. Polska to wytrzyma. Kolejne tysiąc krzyży także. Skonsolidujmy siły jednak już teraz żeby za cztery lata dostał odpowiednio silnego kopa w dupę, który odeśle go w niebyt i pozwoli nam wreszcie na rozwój. Myślę nie tylko o polityce, choć ta, jak to mówią w telewizji niedorobione snoby, na dzień dzisiejszy, jest najważniejsza.
Była w Łodzi ulica Główna. Była, i jest, Piotrkowska. Przecinały się. Dziadziuszka Stalin kazał główną ulicę w Łodzi nazwać swoim imieniem. I ulica Główna została "Stalina". To przykład drobnego oszustwa, ale chwilowo możemy pislandii naskoczyć, należy poszukać już dziś dyskretnych metod ośmieszania, bo te, w ludzkich głowach, zostają najdłużej.
Nie przestanę zatem ośmieszać zidiociałych prawicowców, choćby dlatego, że jest mi to potrzebne do szczęścia.
Ludzie bez własnego zdania, będący jedynie tubą kogoś ponad sobą, są dla mnie niczym.
Kolejnym, klinicznym przykładem takiego przydupasa, jest prostak o nazwisku Jaki, którego miałem nieprzyjemność wysłuchać dziś w jakiejś rozmowie.
Nie mogę zrozumieć... Jak można aż tak bardzo się wyrzec siebie... (to w końcu prawnik, zakładam zatem, że ma między uszami coś więcej niż sam czerep), żeby robić z siebie takiego wała!

Dość! Mam serdecznie dość marnowania swojego czasu na politykę! Nie spodziewajcie się w tym roku jednej o niej wzmianki!
Słuchałem dziś Marka Grechuty, polecam na smętne popołudnia.  
Pewnie siedzi sobie teraz gdzieś w gwiazdozbiorze Vega zastanawiając się:
         
             Kto pierwszy był człowiekiem?
             Kto będzie nim ostatni...

Kaczor! Ale jak dopieprzysz się ze swoją piwnicą z baranami do "Piwnicy POD Baranami" to osobiście wyrwę ci jaja!


To mówiłem ja, Jarząbek Wacław, trener drugiej klasy. Dla ciebie jednak:


Już nie jestem wkurzony

Wielkie dzięki za tak gremialną potrzebę poprawienia mi wczoraj humoru! Chciałbym odpowiedzieć każdemu z osobna, ale ów front poparcia jest tak rozległy, że co ja mogę ze swoim pistolecikiem na wodę? Na dodatek mój laptop jest tylko odrobinę bardziej sprawny od mózgu klempy i napisanie jednej literki zajmuje mu czasem dobrą minutę. Chwilowo działa chyba na spidach, bo właśnie napisałem całe zdanie. Ale jest już prawie północ i w tym tempie mogę zarwać wielki kawał nocy, zanim wyleję kolejne wiadro pomyj na nasz szlachetny rząd. Obawiam się jednak, że ich niewidzialne parasole samozachwytu działają podobnie do samochodowych wycieraczek i na niewiele zdadzą się moje, z takim mozołem produkowane zdania proste i trochę bardziej rozwinięte. Tych ostatnich staram się jednak unikać, bo tak właściwie... to nie piszę dla Was, tych którzy mnie czytają; piszę dla tych, którzy tego nie robią, a to osobnicy jeszcze bardziej prostaccy niż ja więc wiem, że czynności pokomplikowane bardziej niż poranna kupa, mogą sprawiać trudne do opanowania problemy. To właśnie było zdanie rozwinięte. Pełne przecinków. Nie chcemy takich zdań pisać! "Żydzi do gazu!", "Ameeeeen"
Są ludzie, którzy narażają swoje jedyne życie na nonsensowne wspinaczki po niedostępnych górach w krajach ludzi żółtych i jaków. W sporej części to także Polacy, ale tym się akurat nie dziwię, bo czasem i ja wolałbym sobie pospadać z lawiną niż włączyć telewizor. Zdecydowanie wolę się jednak wspinać na podobne wysokości z pomocą Boeinga 737, może być wersja 300. Świat z góry wygląda wręcz cnotliwie i wcale nie dziwię się bogom, że zatracili obiektywizm; przecież oni mieszkają znacznie wyżej. Nikt nie wie o ile, ale większość wie, że na pewno. Myślę, że załogowa wyprawa na Marsa rozwiąże po części ów egzystencjalny problem i pośle w ową misję panią profesor Pawłowicz, która, przy okazji, będzie mieć jedyną szansę odwiedzenia rodziców. Ale się wspiąłem! Niżej jednak nie można, bo, jak to pisał Kurt Vonnegut, to właśnie kosmici porozumiewają się za pomocą pierdnięć i stepowania. Ponieważ jednak ziemska grawitacja bardziej obciąża stawy skokowe, ziemscy kosmici mogą uruchomić jedynie wskazujący palec przekonując wszystkich dobitnie, że czerepy kosmitów także bywają puste jak, nie przymierzając, kozacki tołumbas.
Moje zapędy poszukiwacza nonsensów nie ograniczają się jednakże do tropienia zasypanych gównem pociągów ze złotem. Choć te znaleźć najłatwiej. Weźmy takiego kosmitę Stasia Piotrowicza...


Albo imć Terleckiego herbu: Za Dużo Skóry Na Zbyt Małej Twarzy


Jest oczywiste, że nie mogli urodzić się w naszej galaktyce.
Było już tyle filmów produkcji żydowskiej o atakach kosmitów na ziemię, ale żaden nie był dokumentalny. A tu proszę...
Kieślowski też zaczynał od dokumentu ale zmarł w odpowiednim momencie. Ja się jeszcze jakiś czas przemęczę.

wtorek, 15 grudnia 2015

My, gestapowcy

Jeżdżę autem w różnych dziwnych godzinach, często późnym wieczorem.
Właśnie przed chwilą wróciłem do domu z przekonaniem, że powinienem zostać szewcem. Ponoć to oni klną najbardziej.
Nic, ale to kompletnie nic, prócz inwektyw, nie przychodzi mi do głowy po wysłuchaniu tej... (muszę to powiedzieć głośno!!!) wiecznie nadąsanej i wrednej baby, która robi za premiera!
Z jednej strony jesteśmy dla PiSu gestapowcami... (z tym gorszym sortem i kłopotami z własną inteligencją dam już sobie spokój), a z drugiej chce łączyć w miłości cały naród. Powiem jedno...
TAKI CHUJ JAK KOMIN BATOREGO!
Prędzej się najem strychniny i dam sobie rozciągnąć kręgosłup, niż poprę tę bandę szkodników i zakłamanych ćwierćinteligentów, niż przyklasnę ich słowom.
Kto jest aż tak głupi, aby dać nabrać się na ten jałowy bełkot? Pokażcie mi się! Najlepiej w ciemnej uliczce.
Staram się na swoim blogu ważyć słowa, ale dziś mnie to przerosło. Pani Szydło jest klinicznym przykładem pisowskiego zakłamania, który za wszelką cenę chce dotrzeć jedynie do tych, którzy są na tyle głupi, aby im wierzyć. Wmawianie wszystkim, że Trybunał Konstytucyjny zablokuje program "500+" jest szczytem chamstwa. Każdy, kolejny ruch Kaczora, to obelga dla mojej inteligencji. Krajem rządzi oszołom, cham i dewiant, z którego właśnie wyłazi prawdziwa twarz!
I mam głęboko w dupie reakcje na mój dzisiejszy wpis popleczników tego idioty.
Wszystkie działania obecnych władz przypominają mi litość grzechotnika nad ukąszoną ofiarą.
Zeżrę cię na surowo, ale w moich trzewiach przyłączysz się do kupy gówna strawionych wcześniej. Ciesz się!
No to się wyżaliłem.

Pewnie ktoś z Was zna dobry przepis na kapustę z grochem. Zawsze spuszczałem się na umiejętności jej gotowania na teścia...(on zawsze gotował najlepszą!), bądź szwagra, ale w tym roku ja będę ją robił. Kupiłem dziś nawet odpowiednio duży garnek.
Jak ja lubię kapustę z grochem! I pierogi z grzybami i kapustą! I zupę grzybową! I odsmażanego karpia, bo wszystko to smakuje mi najbardziej na drugi dzień.
Boję się jednak, że cały apetyt na te wszystkie rarytasy zepsuje mi kolejny przydupas prezesa swoim wigilijnym orędziem. Ale my, gestapowcy, tak już mamy.


poniedziałek, 14 grudnia 2015

Czas na naukę

Z tym naszym krajem to jest jak z jajkami, tymi kurzymi oczywiście. Każdy ma swój przepis na ich zrobienie i każdy jest inny. Każdy badacz jaj wygłasza swoją jedyną i niepodważalną teorię o ich szkodliwości lub wręcz anielskim wpływie na nasze zdrowie. Ale prawda jest taka, że połowa ludzkości nie umie ugotować jajka na miękko. Część nabywa jakieś aparatury do gotowania, które są bezsensowne i zawalają kuchenne szafki.
Jakaś wybitna amerykańska kucharka sprzedała w tv taki przepis:
Trzeba zagotować wodę, wyłączyć, włożyć jajka na pół godziny i już mamy jajka na twardo! Jeżeli chcemy na miękko, to wyjmujemy po 20 minutach! Genialne!
To przepis dla tych, którzy muszą mieć czas na wcześniejsze wyjedzenie stu ciasteczek, worka czipsów i kilograma lodów oglądając w telewizji baseball, którego zasady gry są zrozumiałe wyłącznie dla pożeraczy wyżej wymienionych łakoci.
Co nas dziś różni od Amerykanów? Trzykrotnie droższe paliwo.
Statuę Wolności niedługo nam już zbudują przed dudzinym pałacem, a chmury drapie Macierewicz. Słyszeliście, że nie może znaleźć nikogo do swojej nowej komisji smoleńskiej?
Żaden fachowiec od katastrof nie chce już położyć na szali swojego autorytetu. To znaczy, że jest w Polsce przynajmniej dziesięć osób, które zaczynam lubić.
Przez cały dzień, w robocie, przygrywa mi radio. To zwykle "Tok Fm", bo nie jestem muzykalny. Wolę gadanie. To radio o zdecydowanie antyreżimowym charakterze i pełne inteligentnej kultury choć, w ostatnich dniach, jakby lekko wystraszone. Zaczynają się rozmowy typu: może nie powinniśmy tak bardzo się dzielić? Może trzeba postarać się zrozumieć tę drugą stronę?
Może...
Podejmuję tę akcję!
Uprzejmie proszę kogoś z obozu PiS o dyskusję. Niech mi wreszcie ktoś mądry wytłumaczy dlaczego mam zacząć popierać prawicę? Cóż mają mi do zaoferowania? Bo jeżeli tylko kolejną porcję bogoojczyźnianych komunałów poprzeplatanych żydowskim spiskiem i drętwą historią endecji sprzed osiemdziesięciu lat, to baj baj. Nie chcę tego słuchać i nie mogę się przemóc, żeby nawet zacząć. Nie chcę mieć żadnego wodza, który przeprowadzi mnie przez życie na swoich warunkach licząc na moje oklaski.
Będę teraz może bardzo nieskromny, ale takiego mózgu biologia jeszcze na świat nie wydała.
Nie ma aż tak dobrze, że kato-prawica mnie jedynie obraża, a ja pragnę ją przytulić. Aż taki Jezus to ze mnie nie jest.
Te wszystkie rozgrywki dziejące się właśnie w Polsce, przypominają mi właśnie baseball. Ci, co to rozumieją istnieją w świecie równoległym. Ci, którzy nie rozumieją, nie lubią czipsów i ciastek, to właśnie ta połowa, która umie gotować jajka na miękko!



niedziela, 13 grudnia 2015

Jestem raczej Byk, ale nie za bardzo...

Ktoś mi podrzucił filmik o tradycji uganiania się hiszpańskich byków za hiszpańskimi idiotami po hiszpańskich ulicach. Jeżeli to ich tradycja, to ja jej nie kumam. W ogóle niespecjalnie lubię ten kraj. Nie podoba mi się ich język ani obyczaje.
Każdy kogoś może zwyczajnie nie lubić... Ja nie lubię Hiszpanii i nic na to nie poradzę. Zniszczyli tyle kultur, że włos jeży się na głowie, nachapali się takich ilości złota, że zmasakrowali jego wartość w całej Europie, po czym... przejedli wszystko w kilkanaście lat. To nie jest mój ideał rządów.
Dziś ich zaletą jest położenie geograficzne, przyciągające tłumy turystów, ale i to starają się usilnie spieprzyć taplając kraj w kolejnych kryzysach. Jest jeszcze jeden kłopot, ale o tym pisał nie będę... Domyślcie się sami. Amen
Rzecz jasna mieli także kilka walorów... Był taki Gaudi... Paco de Lucia, Salvador Dali, Almodovar, Velazquez, El Greco, Picasso czy Goya, Jeden chyba nawet jeszcze żyje.
To ten biegun dodatni...
Bo cóż powiedzieć o oszalałym dominikaninie Torquemada? Żeby nie wspomnieć o Julio Plexiglasie i jego synach.
Jak to zwykle bywa plusy dodatnie pieprzą się z plusami ujemnymi na potęgę. Uświęcanie zasług Kolumba jest zwykłą głupotą. Niewiele jest krajów, które mają podobne osiągnięcia w zamordyzmie i pacyfikacji, wszakże...
Ową tradycję z bykami z przyjemnością przeniósłbym na polski grunt. 13 Grudnia otworzyłbym wszystkie klatki z rozjuszonym tabunem wyposzczonych byków, pogonił w wiadomą stronę i uruchomił wszystkie kamery. Usiadł z zimnym piwkiem przez telewizorem racząc oczęta widokiem fruwających moherów gnanych przez rogaciznę po fontannach i niższych dachach; sprawdzając wydajność ich zgrzybiałych gruczołów dokrewnych (produkujących adrenalinę), w obliczu pędzącej tony wołowiny.
Ale to by była radocha!
Jakież to ciekawe czy "różańcową krucjatę" uratowałby rząd paciorków nanizanych na żyłkę! I jaką prędkość uzyska Kaczor, tuż po teatralnym zeskoku z trzystopniowej drabinki, na pierwszych dziesięciu metrach?
Właściwie to mógłbym być jednym z owej grupy moherowych poganiaczy gdyż mój znak zodiaku to Byk. No, prawie.
I tu musi powstać zdanie tłumaczące owo "prawie".
Urodziłem się 21 maja. To krytyczny termin. Jedni uważają go za ostatni dzień Byka, inni za pierwszy dzień Bliźniąt.
Nie potrafię tego rozszyfrować.
Z braku wiarygodnych przekazów muszę oprzeć się na swoich przemyśleniach, a myślę sobie tak...
Bardziej przekonuje mnie Byk. Jest duży i głupi, woli przeganiać niż być przeganiany, zawsze wystawia rogi i atakuje.
To ja, tyle że to opis Bliźniąt.
Te nasze, pół żyjące, Bliźnięta są mi bowiem całkowicie obce, a każdy horoskop to stek bzdur i nie ośmielę się ich nawet cytować.
Jaki jest zatem ów... ni to Byk, ni to Bliźnięta? Trzysta pięćdziesiąt wpisów powinno ten problem po części rozwiązać. Chyba lekko nieskoordynowany, ale lubicie mnie trochę?