Trójka Polaków, zapewne tych z gorszego sortu, wpadła na pomysł przewrócenia pomnika pewnego gdańskiego zbokola robiącego za księdza. Po całej ceremonii rozpowszechnili swoje dane, opublikowali film i poszli grzecznie spać.
Nasza intelektualnie wypasiona policja niemal natychmiast wpadła na ich trop.
Stało się to bez pomocy Interpolu, MI-5, Mosadu, CIA i Federalnych Służb Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej.
Zbrodniarze byli bez szans.
Grozi im kara pierdla chyba do lat pięciu, a może i dziesięciu? Tu nie jestem znawcą, ale ja to bym ich skazał na stryczek, spalenie i wystrzelenie ich prochów z armaty prosto w kosmos.
No, bo przecież...
Jak można, w dzisiejszej Polsce, bezkarnie przewracać żeliwny posąg jakiegoś kościelnego zboczeńca?
Nie można!
Na całe szczęście, że mamy Dudusia Mniejszego i jego przyodzianą w robocze ogrodniczki armię moherowych ludzików z ledwo co wyratowanej ze śmiertelnej zapaści Stoczni Gdańskiej!
- "Uratowani! Jesteśmy uratowani! Skoro posąg żyje to i my możemy!" - wrzasnęli dumni stoczniowcy cytując Jurka Stuhra w "Seksmisji" nomen omen.
Wiecie co...
Mam głęboko w dupie ten pomnik. Osobiście wysadziłbym go dynamitem i zawołał złomiarzy, aby go odwieźli tam gdzie jego miejsce.
A na resztach cokołu postawiłbym dwumetrowego wacka. I tak każdy by wiedział, kogo on symbolizuje.
A propos wacka...
Morawiecki...
Nie! Nie będę zniżał się do komentowania smrodu sraczki, która opanowała pislandię po ogłoszeniu spadających im notowań, ale zapytajcie Krzywoustego czy wyśle do maja załogową sondę na Jowisza i postara się wreszcie udomowić warany z Komodo.
Wymyślajcie zresztą co chcecie, a ja wszystkim gwarantuję, że na każde pytanie dostaniecie odpowiedź twierdzącą.
Z wyjątkiem jednego...
- Czy ty, skończony patałachu, kliniko fałszu i zakłamania, masz w sobie choć jeden promil takiego najzwyklejszego ludzkiego wstydu?
To nie są moje czasy, ale...
Nawet wówczas, kiedy byłem jeszcze przepięknym i wysportowanym młodzieńcem, a moja empatia dla szerzącego się komunistycznego skurwysyństwa była o wiele mniejsza nie przypuszczałem, że dożyję takich czasów, przy których najszczelniej zamknięte oddziały w Tworkach będą mi się jawić jakimś pieprzonym Eldorado.
Policjo nasz kochana! Kupcie sobie jeszcze parasolki i stójcie z nimi nad przewróconym pomnikiem, bo przecież jak stał, to nic na niego nie padało!
Jakież to wszystko jest obrzydliwe!
środa, 27 lutego 2019
poniedziałek, 25 lutego 2019
O czym marzą Polacy
Jakaś pislamska kutasina ogłosiła, że kładą na stół taki program, który był marzeniem wielu Polaków.
Jeżeli "ich Polacy" marzą o tym, aby siedzieć w domach, oglądać tvpinfo, chlać wódę, gwałcić swoje dzieci i dostawać za to pieniądze - to się zgadzam. Pewnie jest takich wielu.
Jakie to żałosne i smutne, że czasy najciemniejszej komuny powracają do kraju, który jeszcze przed kilku laty był tygrysem Europy; któremu nie straszna była recesja na świecie i gdzie niemal każdy pracował na siebie i żył z tego co zarobił.
Chciałoby się teraz wspomnieć o średniowieczu, ale to jest bez sensu. Nie przypominam sobie bowiem, aby jakikolwiek ówczesny książę zajmował się rozdawnictwem z nadzieją na kolejną elekcję.
Bo chamów wszyscy mieli w dupie. Ich gównianym obowiązkiem było zapierdalać na szlachtę, a jak się to komuś nie podobało, to miecz i stryczek im to uświadamiał.
I tu widzę pewne podobieństwa.
Rolę karcącego miecza przejęły wprawdzie wybory, ale z założeniem, że jak nie zagłosujecie na pis, to przyjdą inni, ci źli, którzy poobwieszają wami wszystkie okoliczne drzewa, zdepczą kopytami wasze pociechy, podpalą chałupy, a was wezmą w jasyr i będziecie do końca życia wiosłować na galerach.
Bójcie się więc i głosujcie na nas!
Na ten nasz kochany pis, który powstał wyłącznie po to, aby robić wam dobrze. Nie musicie już siać ani zbierać. Niczego już nie musicie! My wam damy wszystko!
W najśmielszych swoich snach nie przypuszczałem, abyśmy skurwili nasze umysły to tego stopnia, by stać się aż tak tępą bandą przygłupów, którym można dziś wmówić, że przecież nie musicie wcale pracować, że pieniądze, i wasz dobrobyt, zależą wyłącznie od jakiego żoliborskiego skurwysyna i bandy jego przydupasów.
No i ośmielcie się powiedzieć, że nie po naszej stronie jest racja!
No to może zróbmy tak...
Rzućmy każdy swoją robotę, włączmy kurwizję i czekajmy na listonosza z obiecanymi milionami od krzywoustego.
Jeżeli po miesiącu życie jeszcze nie zweryfikuje potrzeby istnienia tej przebrzydłej bandy oszustów, to znaczy, że cały mój dzisiejszy wpis jest chorym snem psychopaty.
Gdyby zaś ktoś jeszcze nie wiedział do czego dziś piję to tłumaczę teraz...
Strajk generalny jest jedynym wyjściem!
Nie takie skurwysyństwo udawało się w historii rozwalać, a ci, którzy zostaną w domach słuchając radia marysia - niech się walą! Im szybciej zdechną z głodu, tym lepiej dla nas.
P.s.
Miałem dziś napisać o moich niedzielnych flaczkach. I powinienem to zrobić, bo może były to ostatnie flaczki w moim życiu.
Ja na pedofilskich opłatkach długo nie pociągnę.
Jeżeli "ich Polacy" marzą o tym, aby siedzieć w domach, oglądać tvpinfo, chlać wódę, gwałcić swoje dzieci i dostawać za to pieniądze - to się zgadzam. Pewnie jest takich wielu.
Jakie to żałosne i smutne, że czasy najciemniejszej komuny powracają do kraju, który jeszcze przed kilku laty był tygrysem Europy; któremu nie straszna była recesja na świecie i gdzie niemal każdy pracował na siebie i żył z tego co zarobił.
Chciałoby się teraz wspomnieć o średniowieczu, ale to jest bez sensu. Nie przypominam sobie bowiem, aby jakikolwiek ówczesny książę zajmował się rozdawnictwem z nadzieją na kolejną elekcję.
Bo chamów wszyscy mieli w dupie. Ich gównianym obowiązkiem było zapierdalać na szlachtę, a jak się to komuś nie podobało, to miecz i stryczek im to uświadamiał.
I tu widzę pewne podobieństwa.
Rolę karcącego miecza przejęły wprawdzie wybory, ale z założeniem, że jak nie zagłosujecie na pis, to przyjdą inni, ci źli, którzy poobwieszają wami wszystkie okoliczne drzewa, zdepczą kopytami wasze pociechy, podpalą chałupy, a was wezmą w jasyr i będziecie do końca życia wiosłować na galerach.
Bójcie się więc i głosujcie na nas!
Na ten nasz kochany pis, który powstał wyłącznie po to, aby robić wam dobrze. Nie musicie już siać ani zbierać. Niczego już nie musicie! My wam damy wszystko!
W najśmielszych swoich snach nie przypuszczałem, abyśmy skurwili nasze umysły to tego stopnia, by stać się aż tak tępą bandą przygłupów, którym można dziś wmówić, że przecież nie musicie wcale pracować, że pieniądze, i wasz dobrobyt, zależą wyłącznie od jakiego żoliborskiego skurwysyna i bandy jego przydupasów.
No i ośmielcie się powiedzieć, że nie po naszej stronie jest racja!
No to może zróbmy tak...
Rzućmy każdy swoją robotę, włączmy kurwizję i czekajmy na listonosza z obiecanymi milionami od krzywoustego.
Jeżeli po miesiącu życie jeszcze nie zweryfikuje potrzeby istnienia tej przebrzydłej bandy oszustów, to znaczy, że cały mój dzisiejszy wpis jest chorym snem psychopaty.
Gdyby zaś ktoś jeszcze nie wiedział do czego dziś piję to tłumaczę teraz...
Strajk generalny jest jedynym wyjściem!
Nie takie skurwysyństwo udawało się w historii rozwalać, a ci, którzy zostaną w domach słuchając radia marysia - niech się walą! Im szybciej zdechną z głodu, tym lepiej dla nas.
P.s.
Miałem dziś napisać o moich niedzielnych flaczkach. I powinienem to zrobić, bo może były to ostatnie flaczki w moim życiu.
Ja na pedofilskich opłatkach długo nie pociągnę.
piątek, 22 lutego 2019
Kaczy cysorz
K...wa! Nie wytrzymałem...
Muszę dziś przywalić kaczorowi, bo dostanę kolki. Ta stara menda burzy mój spokój, a namiętne publikowanie kolejnych odsłon jego fizjonomii jedynie ostrzy moje kuchenne noże i rozmienia dychy na dwójki.
Wychodząc więc naprzeciw owym masochistycznym potrzebom bezustannego oglądania kaczego dzioba, dodam ich kilka od siebie z nadzieją, że kiedyś naoglądacie się ich do takiego bólu, że wreszcie dacie sobie z tym siana.
Żaden ze mnie ornitolog, ale na potrzeby owego wpisu, zasięgnąłem informacji.
I co z tego mi wyszło?
Poczytajce.
Z czego składa się kaczka...
Zacznijmy od najważniejszego...
- Dziób.
Dzieli się na część górną i dolną. Zakończenie górnej części dzioba, stanowi tzw. paznokieć. Przy nasadzie dzioba znajdują się nozdrza.
Blaszki rogowe na krawędziach dzioba służą do odfiltrowywania nadwyżki wody pobranej z pokarmem. Dziób powinien być mocny, a w części środkowej harmonijnie połączonej z czołem. W odmianie dzikiej, u kaczora, powinien być oliwkowy z czarnym paznokciem. Natężenie barwy zależy od czynników środowiskowych.
Zilustruję to zdjęciem...
- Głowa.
Głowa ma być niezbyt duża, powinna tworzyć z dziobem harmonijną całość i być płynnie połączona z szyją. Czoło delikatnie wypukłe.
Niektóre kaczki posiadają na głowie czub. Nad okiem znajduje się brew delikatnie zarysowana. Policzki pełne i lekko wypukłe. Oczy okrągłe i wypukłe; barwa tęczówki ciemnobrązowa.
- Brzuch.
Brzuch musi być dobrze rozwinięty i prawidłowo opierzony, ale nie suchy, obwisły lub nadmiernie wystający poza linię tułowia.
- Nogi.
Powinny być mocnej budowy, średniej długości, szeroko rozstawione i położone w środkowej części tułowia. Udo bardzo dobrze umięśnione i opierzone. Łapy są pokryte dobrze przylegającymi rogowymi tarczkami. Kaczki mają cztery palce zaopatrzone w błonę pławną. Palce są zakończone pazurem.
Zaraz puszczę pawia.
Jaja, te do inkubacji, nie powinny być starsze niż 7 dni gdyż od ich świeżości zależą wyniki lęgu. Warto zacząć je obracać w okresie zbierania do momentu umieszczenia w inkubatorze, żeby żółtko nie przykleiło się do błony jaja.
Temat jaj uważam za zakończony.
Nie wymagajcie ode mnie następnej ilustracji...
Zajmijmy się teraz wnętrzem...
Układ pokarmowy tej pticy jest krótki i prosty niczym linia Mierzei Wiślanej. Od zamkniętego na wschodzie dzioba, wprost do odbytu na zachodzie, tworzy jedynie zjebaną parę pokrzywionych dwóch ósemek, która wygląda tak:
Kaczą super mocą jest brak nerwów i naczyń krwionośnych w płetwach. To oznacza, że żadne temperatury nie są im straszne. Pływanie w lodowatej wodzie czy spacerowanie po śniegu czy lodzie, nie sprawiają kaczkom kłopotu, bo nie odczuwają zimna. Przekłada się to niestety na poważne zmiany w wieku starczym...
Najbardziej zdeterminowane kaczki wykazują się godną podziwu wytrzymałością. W ciągu zaledwie jednego dnia potrafią pokonać dystans nawet ponad 500 kilometrów. Pokonanie odległości 1300 kilometrów z Warszawy do Brukseli zajęłoby niecałe 3 dni.
Kwakanie, które nierozłącznie kojarzymy z kaczkami, wcale nie jest ulubioną formą komunikacji tych ptaków. Zdecydowanie częściej porozumiewają się przy pomocy krzyków, ćwierków, szczebiotu, jęków, a nawet warknięć. Wachlarz możliwości komunikacyjnych kaczek okazuje się być całkiem złożony w porównaniu do naszych wyobrażeń.
I na koniec...
Zwolennikom pewnych opcji politycznych może to się wydawać spełnieniem najgorszego z koszmarów, ale kaczki są wszędzie. Absolutnie wszędzie i na wszystkich kontynentach. Jedynym bezkaczkowym azylem pozostaje dotychczas Antarktyda. Tam kaczki nie występują.
Jeszcze...
Jarek! Spierdalaj na Antarktydę!
Napatrzyliście się już?
To amen
środa, 20 lutego 2019
Pedofile w sutannach
Wysłuchałem niedawno rozmowy z mężczyzną, który przez niemal dziesięć lat był gwałcony przez księdza ze swojej parafii.
Od samego początku nurtowało mnie pytanie, którego prowadzący oczywiście nie zadał...
- Dlaczego, w imię wszystkich świętości, ów niewątpliwie bardzo inteligentny facet, będący dziś w okolicach trzydziestki, z uporem maniaka, powracał do owego zboczonego pojeba, by mu dawać gwałcić się dalej?
Rozumiem, że w wieku dziewięciu lat mógł być na to jeszcze zbyt głupi, ale, do jasnej cholery! Mając lat osiemnaście, po dziesięciu latach traumy, mógł się wreszcie już opamiętać! Czy ktoś go zmuszał do łażenia na parafię w celu robienia proboszczowi loda?
Przez dziesięć lat?!
Przecież to jest chore!
Mało tego!
Po tym, kiedy wreszcie dotaeło do niego, że był molestowany, nie zwrócił się do organów ścigania, a napisał wiernopoddańczy list do biskupa i czekał rok na odpowiedź, a potem kolejne pół na łaskawą audiencję.
Wybaczcie, ale logiki w tym nie ma za grosz.
Historia jest oczywiście dłuższa i miała jakiś tam finał w sądzie, ale to bardziej z ofiary zrobiono winnego. Zbokola w sutannie, zamiast do kastracji, wysłano do szkolenia innych dzieci, co jak myślę, czynił nie bez satysfakcji.
I co z tego, że papież całuje dziś w dłonie ofiary molestowań?
Ludzie!
Owi zboczeńcy to ci sami, którzy dostają od państwa czternaście miliardów rocznie za takie miwędzy innymi posługi!
Nie wiem czy pamiętacie książkę Romana Kotlińskiego pseudonim: Roman Jonasz pt. "Byłem księdzem".
Tak się złożyło, że zaraz po seminarium został wikarym w niewielkiej miejscowości niedaleko, powiedzmy... Bełchatowa.
Cała moja rodzina wywodzi się z tych okolic.
Myślicie, że był w okolicy choćby jeden autochton, który by nie wiedział o wyczynach proboszcza z parafii, do której trafił młody ksiądz Kotliński? Widzieli wszyscy! To mała społeczność, a ludzie ze wsi kochają się w plotach.
Nie pamiętam już jakimi skurwysyństwami wsławił się ów wielki i święty kapłan, ale trąbili o nim wszyscy.
Oczywiście trąbili po cichu, boć to jednak ich proboszcz i nie wypada!
Nasuwa mi się teraz taka refleksja...
Każdy, komu wydaje się, że w jakiś niewiarygodny sposób, nieistniejący bóg, ma wpływ na ich życie, sam się podkłada pod księży i daje się rąbać na tysiąc różnych sposobów z tym analnym włącznie.
Przemoc pedofilska jest zaś tylko wierzchołkiem tej góry lodowej i najbardziej medialną jego odsłoną.
Większe zło czai się pod powierzchnią.
Dlatego żaden papież nie ujawni nigdy nawet procenta prawdy o największym syfie ostatnich dwóch tysięcy lat, czyli tak zwanym: kościołem katolickim.
Wściekła indoktrynacja facetów w czerni na to nie pozwoli, bo byłby to ich definitywny koniec.
Dlatego serdecznie współczuję ludziom, którzy jeszcze wierzą w boga i kościół. Temu molestowanemu panu, o którym napisałem, chyba najbardziej.
Nie rozumiem dlaczego mam mieć teraz jakieś opory w opublikowaniu zdjęcia pedofila w sutannie, który gwałcił czternastoletnią ofiarę w zamkniętej na klucz plebanii w Wyszkach, a w wolnych chwilach dorabiał jako nauczyciel.
To właśnie on!
Nie rozumiem także dlaczego Wy, którzy wiecie o podobnych draństwach, dalej trzymacie mordy w kuble z księżymi odchodami!
Odechciało mi się dalej pisać.
Od samego początku nurtowało mnie pytanie, którego prowadzący oczywiście nie zadał...
- Dlaczego, w imię wszystkich świętości, ów niewątpliwie bardzo inteligentny facet, będący dziś w okolicach trzydziestki, z uporem maniaka, powracał do owego zboczonego pojeba, by mu dawać gwałcić się dalej?
Rozumiem, że w wieku dziewięciu lat mógł być na to jeszcze zbyt głupi, ale, do jasnej cholery! Mając lat osiemnaście, po dziesięciu latach traumy, mógł się wreszcie już opamiętać! Czy ktoś go zmuszał do łażenia na parafię w celu robienia proboszczowi loda?
Przez dziesięć lat?!
Przecież to jest chore!
Mało tego!
Po tym, kiedy wreszcie dotaeło do niego, że był molestowany, nie zwrócił się do organów ścigania, a napisał wiernopoddańczy list do biskupa i czekał rok na odpowiedź, a potem kolejne pół na łaskawą audiencję.
Wybaczcie, ale logiki w tym nie ma za grosz.
Historia jest oczywiście dłuższa i miała jakiś tam finał w sądzie, ale to bardziej z ofiary zrobiono winnego. Zbokola w sutannie, zamiast do kastracji, wysłano do szkolenia innych dzieci, co jak myślę, czynił nie bez satysfakcji.
I co z tego, że papież całuje dziś w dłonie ofiary molestowań?
Ludzie!
Owi zboczeńcy to ci sami, którzy dostają od państwa czternaście miliardów rocznie za takie miwędzy innymi posługi!
Nie wiem czy pamiętacie książkę Romana Kotlińskiego pseudonim: Roman Jonasz pt. "Byłem księdzem".
Tak się złożyło, że zaraz po seminarium został wikarym w niewielkiej miejscowości niedaleko, powiedzmy... Bełchatowa.
Cała moja rodzina wywodzi się z tych okolic.
Myślicie, że był w okolicy choćby jeden autochton, który by nie wiedział o wyczynach proboszcza z parafii, do której trafił młody ksiądz Kotliński? Widzieli wszyscy! To mała społeczność, a ludzie ze wsi kochają się w plotach.
Nie pamiętam już jakimi skurwysyństwami wsławił się ów wielki i święty kapłan, ale trąbili o nim wszyscy.
Oczywiście trąbili po cichu, boć to jednak ich proboszcz i nie wypada!
Nasuwa mi się teraz taka refleksja...
Każdy, komu wydaje się, że w jakiś niewiarygodny sposób, nieistniejący bóg, ma wpływ na ich życie, sam się podkłada pod księży i daje się rąbać na tysiąc różnych sposobów z tym analnym włącznie.
Przemoc pedofilska jest zaś tylko wierzchołkiem tej góry lodowej i najbardziej medialną jego odsłoną.
Większe zło czai się pod powierzchnią.
Dlatego żaden papież nie ujawni nigdy nawet procenta prawdy o największym syfie ostatnich dwóch tysięcy lat, czyli tak zwanym: kościołem katolickim.
Wściekła indoktrynacja facetów w czerni na to nie pozwoli, bo byłby to ich definitywny koniec.
Dlatego serdecznie współczuję ludziom, którzy jeszcze wierzą w boga i kościół. Temu molestowanemu panu, o którym napisałem, chyba najbardziej.
Nie rozumiem dlaczego mam mieć teraz jakieś opory w opublikowaniu zdjęcia pedofila w sutannie, który gwałcił czternastoletnią ofiarę w zamkniętej na klucz plebanii w Wyszkach, a w wolnych chwilach dorabiał jako nauczyciel.
To właśnie on!
Nie rozumiem także dlaczego Wy, którzy wiecie o podobnych draństwach, dalej trzymacie mordy w kuble z księżymi odchodami!
Odechciało mi się dalej pisać.
poniedziałek, 18 lutego 2019
Bo generalnie jest kapitalnie
Są w Łodzi takie miejsca, w których zmiany ostatnich lat widać lepiej niż w innych. Znam ich wiele, ale nie o wszystkich napiszę.
Nasza wielka rewolucja kulturalna musiała odcisnąć, i odcisnęła, swoje piętno także na szeroko pojętej architekturze.
Było tak...
Niedaleko mojego domu była sobie w jezdni dziura. Co tam dziura!
To był krater!
Wpadałem w niego kilka razy to wiem. Widziałem kiedyś jak auto przede mną odsłoniło tam prawymi kołami wczesnopiastowską osadę.
Już w kilka miesięcy później, zapewne po długich i burzliwych naradach, włodarze naszego miasta wpadli na genialny pomysł i rozkazali postawić słupek na środku jezdni, który odgradzał ów krater od części jezdnej. I sprawa przycichła, bo była załatwiona rzecz jasna.
Tak się składa, że miejsce mojego zamieszkania należy do najbardziej wyuzdanych w swoim przepychu okolic centrum.
Nie można tu parkować bez bilecika z parkomatu, a wokół same wille milionerów i pełen przekrój gablot z gatunku Rolls-Roysów, Bentlejów i Porche. I słusznie, bo to żaden prymitywny Żoliborz.
Właściwie to codziennie się wstydzę wyjeżdżać swoją zdezelowaną drezyną z bramy, ale...
... jeśli już wyjadę, i ominę rzeczony wyżej krater, no to pełna kultura pcha się przez uchyloną szybę do środka auta z siła wodospadu.
Jednym z moich ulubionych miejsc są niedalekie okolice, przy których można się zrelaksować w oparach Chanel nr 5 i Lancome Poeme za trzynaście tysi flaszka.
Zilustruję to miejsce fotką...
Może jeszcze jedną...
Czujecie ten zapach?
Takie leżące drzewo to wręcz Eldorado dla pełnego pęcherza każdego pieska, a i jego pan może jebnąć porannego browarka i oddać butelczynę do skupu.
Wracaliśmy niedawno z Anglii. Wylądowaliśmy we Wrocławiu. Obok dworca kolejowego zbudowano niedawno ogromną galerię handlową o nazwie Wroclavia z dworcem autobusowym w podziemiach.
Od wielu lat skutecznie walczę z nałogiem nikotynowym i z każdym rzuconym niedopałkiem udaje mi się go rzucić. Ponieważ w galeriach palić nie wolno, więc wychodziłem na ulicę i rzucałem palenie do popielniczki. Miało to swoje dobre strony, bo śmierdzące kiepy trafiały w swoje miejsce, ale i złe, bo byłem narażony na skomasowane ataki wrocławskich żuli proszących o pieniądze lub fajkę.
Przyznaję bez bicia... nie trawię takich typów, ale także nie wiem jak się ich pozbyć. Czasem mnie też kompletnie osłabiają, a to, z kolei, prowadzi do prześmiesznych sytuacji.
Kiedyś, pod okoliczną Biedronką, koczował taki jeden żul. Znałem go z wyglądu i wiedziałem, że jeśli tylko się pojawię, to zaraz mnie zaatakuje. Po kilkunastu takich atakach miałem go już serdecznie dość i kiedy doszedł do mnie po raz kolejny, otworzyłem szybę i powiedziałem:
- Wypierdalaj!
- Ale ja się chciałem tylko spytać która godzina...
- Piętnasta dziewięćdziesiąt sześć!
We Wrocławiu było trudniej. Ilość tamtejszych żuli na metr kwadratowy jest porażająca. Zastosowałem więc inny trik i na zaczepkę w stylu:
- Miszczu! Potrzebuję dwa złote na piwo...
Odpowiadałem:
- Sorry but I do not understand...
- Aha...
To naprawdę działa!
Trochę mi szkoda tych ludzi, bo pewnie, w jakiejś części, nie są winni swojego losu. Niemniej jednak i oni dążą do poprawy swojego losu. Widać to w moich okolicach niemal na każdym kroku.
Zobaczcie zresztą sami...
Trudno mi spłodzić jakiś mądry morał do tego wpisu. Może tylko taki...
Z dziesięciu tysięcy metrów świat jest piękniejszy...
Nasza wielka rewolucja kulturalna musiała odcisnąć, i odcisnęła, swoje piętno także na szeroko pojętej architekturze.
Było tak...
Niedaleko mojego domu była sobie w jezdni dziura. Co tam dziura!
To był krater!
Wpadałem w niego kilka razy to wiem. Widziałem kiedyś jak auto przede mną odsłoniło tam prawymi kołami wczesnopiastowską osadę.
Już w kilka miesięcy później, zapewne po długich i burzliwych naradach, włodarze naszego miasta wpadli na genialny pomysł i rozkazali postawić słupek na środku jezdni, który odgradzał ów krater od części jezdnej. I sprawa przycichła, bo była załatwiona rzecz jasna.
Tak się składa, że miejsce mojego zamieszkania należy do najbardziej wyuzdanych w swoim przepychu okolic centrum.
Nie można tu parkować bez bilecika z parkomatu, a wokół same wille milionerów i pełen przekrój gablot z gatunku Rolls-Roysów, Bentlejów i Porche. I słusznie, bo to żaden prymitywny Żoliborz.
Właściwie to codziennie się wstydzę wyjeżdżać swoją zdezelowaną drezyną z bramy, ale...
... jeśli już wyjadę, i ominę rzeczony wyżej krater, no to pełna kultura pcha się przez uchyloną szybę do środka auta z siła wodospadu.
Jednym z moich ulubionych miejsc są niedalekie okolice, przy których można się zrelaksować w oparach Chanel nr 5 i Lancome Poeme za trzynaście tysi flaszka.
Zilustruję to miejsce fotką...
Może jeszcze jedną...
Czujecie ten zapach?
Takie leżące drzewo to wręcz Eldorado dla pełnego pęcherza każdego pieska, a i jego pan może jebnąć porannego browarka i oddać butelczynę do skupu.
Wracaliśmy niedawno z Anglii. Wylądowaliśmy we Wrocławiu. Obok dworca kolejowego zbudowano niedawno ogromną galerię handlową o nazwie Wroclavia z dworcem autobusowym w podziemiach.
Od wielu lat skutecznie walczę z nałogiem nikotynowym i z każdym rzuconym niedopałkiem udaje mi się go rzucić. Ponieważ w galeriach palić nie wolno, więc wychodziłem na ulicę i rzucałem palenie do popielniczki. Miało to swoje dobre strony, bo śmierdzące kiepy trafiały w swoje miejsce, ale i złe, bo byłem narażony na skomasowane ataki wrocławskich żuli proszących o pieniądze lub fajkę.
Przyznaję bez bicia... nie trawię takich typów, ale także nie wiem jak się ich pozbyć. Czasem mnie też kompletnie osłabiają, a to, z kolei, prowadzi do prześmiesznych sytuacji.
Kiedyś, pod okoliczną Biedronką, koczował taki jeden żul. Znałem go z wyglądu i wiedziałem, że jeśli tylko się pojawię, to zaraz mnie zaatakuje. Po kilkunastu takich atakach miałem go już serdecznie dość i kiedy doszedł do mnie po raz kolejny, otworzyłem szybę i powiedziałem:
- Wypierdalaj!
- Ale ja się chciałem tylko spytać która godzina...
- Piętnasta dziewięćdziesiąt sześć!
We Wrocławiu było trudniej. Ilość tamtejszych żuli na metr kwadratowy jest porażająca. Zastosowałem więc inny trik i na zaczepkę w stylu:
- Miszczu! Potrzebuję dwa złote na piwo...
Odpowiadałem:
- Sorry but I do not understand...
- Aha...
To naprawdę działa!
Trochę mi szkoda tych ludzi, bo pewnie, w jakiejś części, nie są winni swojego losu. Niemniej jednak i oni dążą do poprawy swojego losu. Widać to w moich okolicach niemal na każdym kroku.
Zobaczcie zresztą sami...
Z dziesięciu tysięcy metrów świat jest piękniejszy...
sobota, 16 lutego 2019
Kto będzie winien trzeciej wojny światowej?
Powiem to wprost, ale zanim odsądzicie mnie od czci i wiary, i wyślecie na leczenie do psychiatryka, przeczytajcie to do końca.
Winnymi będą wegetarianie!
Brzmi idiotycznie?
Tylko na pierwszy rzut oka.
Już tłumaczę...
Za każdym razem, kiedy w dużym nawet towarzystwie, pojawia się jeden wegetarianin, natychmiast pojawia się tam straszny zamęt. Soi nie ma, buraki tylko czerwone (trochę sobie oczywiście kpię...), ale rosół na kurze, schab ze świni, a nie z marchewki; no i flaki... najstraszniejszy koszmar każdego weganina. Kucharki w amoku, pani domu nie może dodzwonić się po pizzę z ananasem i brukselką, goście nie mają czym zagryźć wypitej lufy, bo na stole jedynie konglomerat zwłok, barszcz na żeberkach z białą kiełbasą i zimne nóżki.
Cała ta polska gościnność byłaby została uratowana, gdyby nie polska gościnność. Wystarczyłoby bowiem odesłać owego miłośnika korzonków ze szpadelkiem do przyległego lasu i kazać mu odrąbać co smaczniejsze porcje brzozowej kory i odrobinę pedów jałowca. Na szczęście jest rukola i kiełki rzodkiewek. Poleje się to wszystko kokosowym mleczkiem, pierdyknie pieprzem po wierzchu i impreza się rozkręci, bo przecież żadne zasady wegetarianizmu nie przeszkadzają uwalić się weganinowi na sztywno i puścić korzonkowego pawia pod kępą winogronowych krzaczorów.
Muzyczka zatem gra, nie grają tylko Beatlesi i zaczyna być gites majonez bez jajek.
Nagadałem się i mogę wrócić do tak zwanego meritum...
Wyobraźmy sobie teraz, że cała ludzkość ludzkości przestaje jeść mięso...
Co się dzieje?
Bankrutuje miliard barów i restauracji na całym świecie. Ceny kukurydzy, soi i marchewki skaczą do nieznanego ludzkości poziomu. Giełdy całego świata sprowadzają banany z Saturna, sałatę z Urana, a brukiew ze Szkocji.
Jeżeli jeszcze nie widzicie w tym wpisie zarzewia wojny to lećmy dalej.
Chinole swoim miliardem dusz atakują przyległy Kraj Rad mordując każdą gazelę i każdego słonia w imię historycznej pasji zżerania słoniny z gazeli.
Ci zaś ruszają na zachód i, tratując każde napotkane pole koperku, wybijają pozostałą przy życiu populację dzików.
Najbardziej przejebane mają jelenie, bo nie dość, że ich rogi kojarzą się dwuznacznie, to są całkiem smaczne.
W poszukiwanie resztek mięs cały świat atakuje miliardowe Indie. Masowy mord ich świętych krów wznieca wojnę w pokojowej dotychczas części Azji. Arabusy wysadzają wszystkie chlewnie w Europie o okolicach. W Australii wymierają kangury. Wielka rafa koralowa pada ofiarą globalnego ocieplenia, a powód jest oczywisty...
Brak krowich pierdnięć!
Zapomniałem o najważniejszym...
Pozostali przy życiu Eskimosi cierpią głód z powodu niemożności jedzenia fok, bo kiełki luceny ni chuja nie chcą rosnąć na kole podbiegunowym w tysiącletniej zmarzlinie.
Powiedzcie mi teraz po diabła martwić się polityką? Wystarczy zatrudnić wegetarian. Oni załatwią resztę.
To jakie zwierzęta zostaną?
Skunksy, papugi, pingwiny i żubry. Na całe szczęście, te ostatnie, to tylko te w płynie.
I tu widzę ratunek.
No właśnie! To było moje słowo na niedzielę.
Winnymi będą wegetarianie!
Brzmi idiotycznie?
Tylko na pierwszy rzut oka.
Już tłumaczę...
Za każdym razem, kiedy w dużym nawet towarzystwie, pojawia się jeden wegetarianin, natychmiast pojawia się tam straszny zamęt. Soi nie ma, buraki tylko czerwone (trochę sobie oczywiście kpię...), ale rosół na kurze, schab ze świni, a nie z marchewki; no i flaki... najstraszniejszy koszmar każdego weganina. Kucharki w amoku, pani domu nie może dodzwonić się po pizzę z ananasem i brukselką, goście nie mają czym zagryźć wypitej lufy, bo na stole jedynie konglomerat zwłok, barszcz na żeberkach z białą kiełbasą i zimne nóżki.
Cała ta polska gościnność byłaby została uratowana, gdyby nie polska gościnność. Wystarczyłoby bowiem odesłać owego miłośnika korzonków ze szpadelkiem do przyległego lasu i kazać mu odrąbać co smaczniejsze porcje brzozowej kory i odrobinę pedów jałowca. Na szczęście jest rukola i kiełki rzodkiewek. Poleje się to wszystko kokosowym mleczkiem, pierdyknie pieprzem po wierzchu i impreza się rozkręci, bo przecież żadne zasady wegetarianizmu nie przeszkadzają uwalić się weganinowi na sztywno i puścić korzonkowego pawia pod kępą winogronowych krzaczorów.
Muzyczka zatem gra, nie grają tylko Beatlesi i zaczyna być gites majonez bez jajek.
Nagadałem się i mogę wrócić do tak zwanego meritum...
Wyobraźmy sobie teraz, że cała ludzkość ludzkości przestaje jeść mięso...
Co się dzieje?
Bankrutuje miliard barów i restauracji na całym świecie. Ceny kukurydzy, soi i marchewki skaczą do nieznanego ludzkości poziomu. Giełdy całego świata sprowadzają banany z Saturna, sałatę z Urana, a brukiew ze Szkocji.
Jeżeli jeszcze nie widzicie w tym wpisie zarzewia wojny to lećmy dalej.
Chinole swoim miliardem dusz atakują przyległy Kraj Rad mordując każdą gazelę i każdego słonia w imię historycznej pasji zżerania słoniny z gazeli.
Ci zaś ruszają na zachód i, tratując każde napotkane pole koperku, wybijają pozostałą przy życiu populację dzików.
Najbardziej przejebane mają jelenie, bo nie dość, że ich rogi kojarzą się dwuznacznie, to są całkiem smaczne.
W poszukiwanie resztek mięs cały świat atakuje miliardowe Indie. Masowy mord ich świętych krów wznieca wojnę w pokojowej dotychczas części Azji. Arabusy wysadzają wszystkie chlewnie w Europie o okolicach. W Australii wymierają kangury. Wielka rafa koralowa pada ofiarą globalnego ocieplenia, a powód jest oczywisty...
Brak krowich pierdnięć!
Zapomniałem o najważniejszym...
Pozostali przy życiu Eskimosi cierpią głód z powodu niemożności jedzenia fok, bo kiełki luceny ni chuja nie chcą rosnąć na kole podbiegunowym w tysiącletniej zmarzlinie.
Powiedzcie mi teraz po diabła martwić się polityką? Wystarczy zatrudnić wegetarian. Oni załatwią resztę.
To jakie zwierzęta zostaną?
Skunksy, papugi, pingwiny i żubry. Na całe szczęście, te ostatnie, to tylko te w płynie.
I tu widzę ratunek.
No właśnie! To było moje słowo na niedzielę.
czwartek, 14 lutego 2019
I to by było na tyle
Raczej definitywnie kończę z pisaniem o polityce. To nie ma sensu, Znający mojego bloga wiedzą, że prawie od czterech lat nie piszę o niczym innych. Czas wreszcie coś zmienić. Jestem tym wszystkim znudzony, zniesmaczony i nie mam już do tego serca. Światu nic się nie stanie. Ja już wymiękam. Jest tak wielu ludzi opętanych polityką, że nawet nie mam sumienia odbierać im satysfakcji dzielenia się swoimi poglądami na ten temat. .
Dostrzegam także, że coraz większa liczba osób ma w dupie ten temat i wcale im się ne dziwię. Każdy rozsądny obywatel powinien iść na głosowanie raz na kilka lat, oddać głos i dać sobie siana z polityką.
Oglądałem wczoraj kabaret Neo-Nówka...
Jest Wigilia. Przy stole spotykają się dziadek, syn i wnuk. Nie będę opowiadał treści, ale trzeba dodać, że dziadek jest zmurszałym staruszkiem, syn pisowcem, a wnuk popiera Platformę. Z takiego rozkładu sił wynika oczywiście wiele zabawnych konfliktów. Ojciec z synem wieczne się kłócą, a dziadek śpi.
W pewnym momencie się jednak dziadek się budzi i mówi tak:
- Pieprzyć pis i pieprzyć Platformę! Skłócili ze sobą wszystkich w każdej rodzinie!
I było to zdanie, po którym oklaskom nie było końca.
Obawiam się, że przez ostatnie lata ja także walnie przyczyniałem się do wzmożenia tego konfliktu. Nie jestem z siebie dumny i dlatego nie będę o tym więcej pisał. Niech sobie każdy we własnym zakresie odpowie na pytanie w jakiej Polsce chce żyć. Ja wyartykułowałem już swoją wersję i ani myślę to kontynuować.
Nie powiem dziś o czym będę teraz pisał, ale zaręczam wszystkich, którzy znają moje wpisy, że nie będę nudny.
Osiągnąłem swój cel, którym było milion otwarć mojego bloga na Facebooku i mogę teraz, z czystym sumieniem, zająć się tematami, które interesują mnie bardziej i mają potencjał na przyszłość.
Pewnie zawiodłem tym wpisem część moich czytaczy, ale nie przejmujcie się tym. Życie jest zbyt ciekawe, abym topił się w politycznym szambie.
Aby jednak trochę zachęcić do nowej formuły mojego bloga napiszę, że kolejny post będzie traktował o pedofilii w kościele.
Pozdrawiam
Darek
Wracam do szkoły.
Dostrzegam także, że coraz większa liczba osób ma w dupie ten temat i wcale im się ne dziwię. Każdy rozsądny obywatel powinien iść na głosowanie raz na kilka lat, oddać głos i dać sobie siana z polityką.
Oglądałem wczoraj kabaret Neo-Nówka...
Jest Wigilia. Przy stole spotykają się dziadek, syn i wnuk. Nie będę opowiadał treści, ale trzeba dodać, że dziadek jest zmurszałym staruszkiem, syn pisowcem, a wnuk popiera Platformę. Z takiego rozkładu sił wynika oczywiście wiele zabawnych konfliktów. Ojciec z synem wieczne się kłócą, a dziadek śpi.
W pewnym momencie się jednak dziadek się budzi i mówi tak:
- Pieprzyć pis i pieprzyć Platformę! Skłócili ze sobą wszystkich w każdej rodzinie!
I było to zdanie, po którym oklaskom nie było końca.
Obawiam się, że przez ostatnie lata ja także walnie przyczyniałem się do wzmożenia tego konfliktu. Nie jestem z siebie dumny i dlatego nie będę o tym więcej pisał. Niech sobie każdy we własnym zakresie odpowie na pytanie w jakiej Polsce chce żyć. Ja wyartykułowałem już swoją wersję i ani myślę to kontynuować.
Nie powiem dziś o czym będę teraz pisał, ale zaręczam wszystkich, którzy znają moje wpisy, że nie będę nudny.
Osiągnąłem swój cel, którym było milion otwarć mojego bloga na Facebooku i mogę teraz, z czystym sumieniem, zająć się tematami, które interesują mnie bardziej i mają potencjał na przyszłość.
Pewnie zawiodłem tym wpisem część moich czytaczy, ale nie przejmujcie się tym. Życie jest zbyt ciekawe, abym topił się w politycznym szambie.
Aby jednak trochę zachęcić do nowej formuły mojego bloga napiszę, że kolejny post będzie traktował o pedofilii w kościele.
Pozdrawiam
Darek
Wracam do szkoły.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















