Coś wielu z nas nie ma pomysłów na długi wekeend. Jeden by obrabiał żołądkową gorzką do kolacji, ale chyba od obiadu, jak sądzę, bo jaki sens robić inaczej? Ktoś zaproponował do wódki jakiś potas i witaminy, co dla mnie jest obłędem, bo nie po to się człowiek nawala, żeby truć organizm sałatą z bananem. Inni chodziliby po palmiarniach gdzie jest duszno, porno i nie ma knajpy. Ponoć czyjś mąż robi świetne drinki i on jest chwilowo moim faworytem, bo właśnie kupiłem brandy i colę, ale muszą trochę zmarznąć, by złoić im skórę.
Przyznaję, że i ja kompletnie nie wiem co robić przez trzy deszczowe dni w mieście. Może by jakieś kino, albo, rzeczywiście, spacer, bo na rowerach pod wiatr pedałować mi się nie chce. Z wiatrem zresztą także. Trzeba wynaleźć coś z daleka od jedzenia, na trzeźwo, bez witamin i bolącej od siodełka dupy. Nie wiem czy to możliwe. Właściwie to przychodzi mi go głowy tylko rollercoaster, ale nie ma u nas odpowiednio szalonego. Wynająłbym ślizgacz gdybym był na Bahamach, zobaczył może Alpy, ale z balonu, albo pojechał na wycieczkę w Góry Stołowe, które są małe, niskie i przepiękne. Cholera, że wcześniej na to nie wpadłem!
Nic... Trza się jakoś przemęczyć i naprawić w łazience jedno światło. Przykleję pewnie też trzy płytki pod parapetem, które czekają na swoją kolej od września i zaatakuję kurze w pokojach.
Już się zdołowałem.
I jeszcze te wybory!
W sumie to miałem niczego dziś nie pisać, ale zostałem pokonany przez kolejną tonę głupoty wabiącej się niejaki Grzegorz Braun. Nie wiem kto zacz, ale piętnastominutowy wywiad z tym szajbusem podniósł mi ilość enzymów tak wysoko, że nie zasnę zanim mu nie dokopię. Monarchista, szlag by go trafił! Chce mieć bombę atomową i zapewne zostać królem. Tobie tak do króla, jak temu Grzesiowi co to niesie worek z piaskiem!
Ja wiem, że wybory na prezydenta kraju mogą konsolidować grupy podwyższonego ryzyka zniżając poziom jakichkolwiek rozmów do dna toalety na obszarze holenderskiej depresji, ale ten Braun to oscyluje już wokół jądra ziemi.
Pisladczycy wymyślili spot, w którym opowiadają jakieś rzewne historyjki o Euro i jak to nie powinniśmy go wprowadzać do czasu, zanim nie zaczniemy zarabiać tyle, co na "zachodzie". Kolejna bajka obliczona na ciężko myślących emerytów pamiętających wymianę pieniędzy z lat pięćdziesiątych, w których to komuna wyrolowała prawie każdego Polaka. Przekaz jest prosty jak kij od szczotki: Głosujcie na PiS, bo my do tego nie dopuścimy! Banda hien!
Są jeszcze, coraz bardziej przyciągający się swoją głupotą Kurwin z Coockie'sem, dwóch nieokrzesanych buców, bez krzty rozsądku, żerujących na dołach pseudointeligencji wciągających na budowie cegły w wiadrach.
Kolejne co musimy zrobić w ten wekeend. Za żadne skarby nie włączać telewizora!
Dawajcie wszyscy na Bahamy! Drinki z parasolką, dookoła topless i czterdzieści w cieniu. I skutery wodne zostawiające za sobą dziesięciometrowy sik na naszą rzeczywistość.
środa, 29 kwietnia 2015
wtorek, 28 kwietnia 2015
List do wybranych
Jeszcze nie tak dawno pisano do siebie listy. Używano długopisów, papierów listowych pachnących czasem konwalią lub bzem. Po wielokroć zastanawiano się nad każdym słowem, cyzelowano zdania i stawiano przecinki. Czasami nawet myślniki. Co zdolniejsza jednostka dodawała naiwny rysuneczek zieloną kredką, albo całusa ze szminki. Dlaczego? Bo ludzie mieli szacunek dla innych, który w oczywisty sposób przekładał się na szacunek dla samego siebie. List stawał się odzwierciedleniem naszych myśli, ukrytych pragnień, dyskretną formą intymnego monologu. Uczono kaligrafii i gramatyki. I ludzie jakoś z tym żyli...
A teraz będę wstrętny.
Dziś każdy pawian umiejący wcisnąć w komputerze guzik z napisem "Start" i wchodząc na któryś ze społecznościowych portali, zaczyna tryskać głupotą. I nie wiem jak mało by miał do powiedzenia uważa, że widok jego przerośniętej, różowej dupy, zrobi na kimś wrażenie; że pisząc swoje bezwładne, pozbawione jakiejkolwiek logiki i interpunkcji zdania, trafi do serc milionów innych pawianów świecących swoimi, także różowymi dupami zostając idolem internetu choćby na minutę. Guru tej bandy kretynów jest zapewne Korwin-Mikke, wykładnia wszystkiego, czego nie znoszę. Jest archetypem bandy dzisiejszych półanalfabetów; jest czarną dziurą w różowej dupie. Ale to jednostka, a ja muszę trochę uogólnić.
Powiem krótko...
Żyjemy w czasach demokracji, którą już w starożytnym Rzymie uważano za bełkot pijanego. Ale dopiero w czasach internetu ta plaga osiąga apogeum. Nie pomylę się wiele jeśli powiem, że siedemdziesiąt procent komentatorów wszystkiego jest: albo opóźniona intelektualnie, albo nie chodziła na WF.
Widziałem dziś może... dwunastolatka, który biegł do autobusu. Ważył pewnie tyle co ja, rozmiar buta wskazywał, że było zrobione na zamówienie, chodnik drżał, a tornister fruwał. I chyba miał w dupie to czy go dogoni, bo kurczowo ściskał w dłoni ledwo napoczętą butelkę Pepsi. Zniósłbym jeszcze tą Pepsi, ale jego wzrok koszmarnie wróżył przyszłości narodu. Miał z pewnością zwolnienie z WF i wszystkie "dys" przed "...afią" i "eksją".
Ludziska, którzy mnie czytacie!
Jeżeli Wasze dzieci, wnuki, albo Wy sami, nie umiecie składnie konstruować myśli, to, na litość boską! Nie rozgłaszajcie tego całemu światu!
Kupując dziś pół kilo truskawek musiałem wysłuchać rozmowy dwóch emerytek stojących za mną i rozpływających się w zachwytach na ich zapachem i wyglądem. Kiedy odchodziłem, jedna powiedziała:
- Pani! Jo to ni mom wynchu.
A druga:
- Jo tyż.
A teraz będę wstrętny.
Dziś każdy pawian umiejący wcisnąć w komputerze guzik z napisem "Start" i wchodząc na któryś ze społecznościowych portali, zaczyna tryskać głupotą. I nie wiem jak mało by miał do powiedzenia uważa, że widok jego przerośniętej, różowej dupy, zrobi na kimś wrażenie; że pisząc swoje bezwładne, pozbawione jakiejkolwiek logiki i interpunkcji zdania, trafi do serc milionów innych pawianów świecących swoimi, także różowymi dupami zostając idolem internetu choćby na minutę. Guru tej bandy kretynów jest zapewne Korwin-Mikke, wykładnia wszystkiego, czego nie znoszę. Jest archetypem bandy dzisiejszych półanalfabetów; jest czarną dziurą w różowej dupie. Ale to jednostka, a ja muszę trochę uogólnić.
Powiem krótko...
Żyjemy w czasach demokracji, którą już w starożytnym Rzymie uważano za bełkot pijanego. Ale dopiero w czasach internetu ta plaga osiąga apogeum. Nie pomylę się wiele jeśli powiem, że siedemdziesiąt procent komentatorów wszystkiego jest: albo opóźniona intelektualnie, albo nie chodziła na WF.
Widziałem dziś może... dwunastolatka, który biegł do autobusu. Ważył pewnie tyle co ja, rozmiar buta wskazywał, że było zrobione na zamówienie, chodnik drżał, a tornister fruwał. I chyba miał w dupie to czy go dogoni, bo kurczowo ściskał w dłoni ledwo napoczętą butelkę Pepsi. Zniósłbym jeszcze tą Pepsi, ale jego wzrok koszmarnie wróżył przyszłości narodu. Miał z pewnością zwolnienie z WF i wszystkie "dys" przed "...afią" i "eksją".
Ludziska, którzy mnie czytacie!
Jeżeli Wasze dzieci, wnuki, albo Wy sami, nie umiecie składnie konstruować myśli, to, na litość boską! Nie rozgłaszajcie tego całemu światu!
Kupując dziś pół kilo truskawek musiałem wysłuchać rozmowy dwóch emerytek stojących za mną i rozpływających się w zachwytach na ich zapachem i wyglądem. Kiedy odchodziłem, jedna powiedziała:
- Pani! Jo to ni mom wynchu.
A druga:
- Jo tyż.
niedziela, 26 kwietnia 2015
Jestem zazdrosny!
Życie jest cholernie niesprawiedliwe! A już to internetowe przekracza wszystkie granice przyzwoitości. To ja się męczę wymyślając co drugi dzień nową porcję idiotyzmów na swoim blogu i, kreując się na prostaka, próbuję wprowadzić świat w dobry nastrój, a moja żonusia kupi siedem gramów jakichś pestek, cztery doniczki i ziemię, którą oczywiście ja muszę dotachać do domu, rozsypie te pestki w rzeczonej ziemi, pstryknie fotkę i kilkadziesiąt kobiet natychmiast dostaje wzwodu! Już zapodałem na swoim profilu, że szukam nasion maryśki. I nie spocznę, aż je zdobędę. I zasadzę na tym samym parapecie mój odlotowy ogródek. Jakoś mnie nie martwi, że zainteresują się mną organy ścigania, bo już sama nazwa "organy" jest tak wieloznaczna i żałosna, że wszelkie obawy zamiatam pod dywan. To nawet może być jakaś nowość w zblazowanym świecie internautów. A konsekwencje?
Zdobędę ogromną popularność, firmy będą się zabijać o miejsca reklamowe przy moich wpisach, miliony kolejnych otwarć nabiją mi górę kasy i, jeżeli nawet kiedyś, kiedy będę już po dziewięćdziesiątce, a jacyś idioci w hełmach z dzikim wyciem wywalą taranem moje drzwi, to znowu zyskam kolejną pulę zagorzałych fanów, bo okaże się, że jednak wysiew marychy dla celów zdrowotnych, wydłuża życie nawet takich oportunistów zdrowotności jak ja.
Pewnie obrazi to wielu, ale ja od zawsze byłem fanem Jerzego Urbana. I kompletnie mi wiszą reakcje na tę wiadomość. Byłem i jestem. Tygodnik "Nie" był jednym z niewielu, które czytałem regularnie. Do dziś je lubię za ich pokrętną inteligencję. Nieważne...
Otóż redaktorzy "Nie" zasiali kiedyś przed komisariatem, na jakimś totalnym zadupiu, pokaźne poletko Marychy. Kiedy wyrosła na tyle, że zaczęła zasłaniać komisaryjne okna, opublikowali na pierwszej stronie fotki ze swojego występu. Żaden wsiowy sierżancina nie zorientował się przez całe miesiące co tak ładnie zazieleniło się pod oknami!
To typ dowcipu, który uważam za mistrzostwo świata! Tępienie głupoty musi kiedyś przynieść choćby minimalne rezultaty. Ci żołnierze prawości do końca życia będą oglądać każde wyrosłe źdźbło pod oknami.
Zakładam się też o wszystkie pieniądze tej ziemi, że żaden sąsiad, ani sąsiadka, nie dostrzegą w moim oknie półtorametrowej maryśki. Co najwyżej przyjdą z pytaniem: Co to takie ładne w pana oknie? Bo oni wolą karmić kotki, które czujnie obserwują każdego wychodzącego z klatek z jakimś Whiskas, aby móc podrapać niepodrapaną jeszcze część dachu podwórkowych bolidów.
Reasumując...
Jeżeli się kradnie, to należy ukraść tyle, żeby po wyroku i koniecznych opłatach niekorupcyjnych urzędników zostało tyle, aby móc resztę życia przeżyć godnie.
Parapet jest na tyle duży, że zbiorę odpowiednią ilość plonów na kolejne podejście, bo to inwestycja przyszłościowa i trzeba być wyjątkowym durniem, aby się nie udała! A później wykupię wszystkie skwerki pod każdym komisariatem na Lubelszczyźnie. Ależ to był zdrowy wpis!
Dla bezpieczeństwa jednak, od dziś, ubieram się na zielono.
Zdobędę ogromną popularność, firmy będą się zabijać o miejsca reklamowe przy moich wpisach, miliony kolejnych otwarć nabiją mi górę kasy i, jeżeli nawet kiedyś, kiedy będę już po dziewięćdziesiątce, a jacyś idioci w hełmach z dzikim wyciem wywalą taranem moje drzwi, to znowu zyskam kolejną pulę zagorzałych fanów, bo okaże się, że jednak wysiew marychy dla celów zdrowotnych, wydłuża życie nawet takich oportunistów zdrowotności jak ja.
Pewnie obrazi to wielu, ale ja od zawsze byłem fanem Jerzego Urbana. I kompletnie mi wiszą reakcje na tę wiadomość. Byłem i jestem. Tygodnik "Nie" był jednym z niewielu, które czytałem regularnie. Do dziś je lubię za ich pokrętną inteligencję. Nieważne...
Otóż redaktorzy "Nie" zasiali kiedyś przed komisariatem, na jakimś totalnym zadupiu, pokaźne poletko Marychy. Kiedy wyrosła na tyle, że zaczęła zasłaniać komisaryjne okna, opublikowali na pierwszej stronie fotki ze swojego występu. Żaden wsiowy sierżancina nie zorientował się przez całe miesiące co tak ładnie zazieleniło się pod oknami!
To typ dowcipu, który uważam za mistrzostwo świata! Tępienie głupoty musi kiedyś przynieść choćby minimalne rezultaty. Ci żołnierze prawości do końca życia będą oglądać każde wyrosłe źdźbło pod oknami.
Zakładam się też o wszystkie pieniądze tej ziemi, że żaden sąsiad, ani sąsiadka, nie dostrzegą w moim oknie półtorametrowej maryśki. Co najwyżej przyjdą z pytaniem: Co to takie ładne w pana oknie? Bo oni wolą karmić kotki, które czujnie obserwują każdego wychodzącego z klatek z jakimś Whiskas, aby móc podrapać niepodrapaną jeszcze część dachu podwórkowych bolidów.
Reasumując...
Jeżeli się kradnie, to należy ukraść tyle, żeby po wyroku i koniecznych opłatach niekorupcyjnych urzędników zostało tyle, aby móc resztę życia przeżyć godnie.
Parapet jest na tyle duży, że zbiorę odpowiednią ilość plonów na kolejne podejście, bo to inwestycja przyszłościowa i trzeba być wyjątkowym durniem, aby się nie udała! A później wykupię wszystkie skwerki pod każdym komisariatem na Lubelszczyźnie. Ależ to był zdrowy wpis!
Dla bezpieczeństwa jednak, od dziś, ubieram się na zielono.
sobota, 25 kwietnia 2015
Motoryzacja...
W latach osiemdziesiątych po raz pierwszy zderzyłem się z zachodnią motoryzacją kupując lekko-pół-pseudo-wyścigowy wynalazek potomków pana Renaulta o symbolu 15. Rzadko widywałem wówczas na naszych drogach gabloty zza kurtyny. Jeżeli już jakieś były to przeważnie złomy z Niemiec. Mój przyjechał aż zza dwóch granic i był także skończoną kupą złomu.
Wyglądał tak:
No, prawie... Jeśli nie policzymy podłogi jak durszlak i kierownicy po lewej, mógłbym sam się pomylić. Miał za to świetny silnik i fotele, w których się wręcz zasypiało po kilku minutach. Były ogromne, miękkie i przypominały najlepsze czasy Ludwika XVI. I była jeszcze kosmiczna, jak na owe czasy, deska rozdzielcza, która wyglądała tak:
Wyglądał tak:
No, prawie... Jeśli nie policzymy podłogi jak durszlak i kierownicy po lewej, mógłbym sam się pomylić. Miał za to świetny silnik i fotele, w których się wręcz zasypiało po kilku minutach. Były ogromne, miękkie i przypominały najlepsze czasy Ludwika XVI. I była jeszcze kosmiczna, jak na owe czasy, deska rozdzielcza, która wyglądała tak:
Zachwycałem się jazdą. Wyobraźcie sobie wsiąść do takiej fury po kilkuletnim ujeżdżaniu
Malucha! Miała takiego kopa, że zapierało dech w piersiach, a szyby były bez ramek. Niestety, na tych zachwytach jej walory się kończą. Popsuło mi się w niej wszystko co tylko wykonywało jakieś ruchy za wyjątkiem kierownicy, a każdy łikend schodził mi na rozbieraniu i składaniu rozrusznika, który miał tą specyficzną cechę, że się nie psuł, ale wymagał cotygodniowego rozbierania, aby działać kolejny tydzień. Mój ówczesny szef ujeżdżał Trabanta, który się nie psuł wcale, ale wyglądał przy moim jak zaparkowany motor w krowim zadzie. Szanuję francuską motoryzację za wyobraźnię, ale wykonanie jest kupą gówna. Obiecałem sobie nie kupować nigdy w życiu aut od Żabojadów. I dotrzymałem obietnicy, ale...
Wymieniłem swojego busa, na kilka dni, na cholernie nowoczesną Megankę. Ot taka chwilka uprzejmości. Dwa dni temu padły światła, a dziś trzeci bieg zamienił się z pierwszym, drugi z czwartym, a o wstecznym można tylko pomarzyć. Żeby otworzyć okno trzeba włączyć silnik, bo nie ma kluczyka tylko jest jakaś debilna karta, która niczego nie włącza przed uruchomieniem silnika. Wiecznie coś pika alarmując o otwieranych drzwiach, albo że się je właśnie zamknęło, a to o niewyciągniętej karcie, a to, że ją się wyjęło, sprzęgło przeteleportowali z Ursusa, klima nie działa, światła żyją własnym życiem. Puszka Pandory! aż strach otwierać.
Zatrzymałem się przed sklepem, a obok stanął gość w Citroenie. Żona poszła na zakupy, a on natychmiast zaczął coś naprawiać. Sąsiad z podwórka także ujeżdża Citroena C5. Żeby wysiąść musi otworzyć szybę, chapnąć za klamkę z zewnątrz, otworzyć drzwi, zamknąć szybę i wysiąść. Ja rozumiem się pobawić...
Być może nawalonym winem Żabojadom to nie przeszkadza, ale mnie cholernie.
Czuję się tak, jak bym za każdym razem, ilekroć siadam przy biurku, musiał odpiłowywać kawał jednej nogi, bo w nocy inna musiała się skurczyć. Niech sobie gotują ichnie robale w sosie truskawkowym, niech tarzają ślimaki w wiórach i wyrywają żabą udka. W tym są dobrzy i po to się do nich jeździ, aby spróbować to przełknąć. Dla mnie mają tylko Monę Lisę. Jakie to szczęście, że nie uwydatnili jej jeszcze nosa i nie dorobili wąsów! Pewnie i tak odpadałyby co tydzień!
piątek, 24 kwietnia 2015
Nie mogę się doczekać...
Mam dziś próżnię zamiast mózgu po całotygodniowym ściganiu własnego cienia. Chce mi się już wakacji! Drżę już z niecierpliwości, aby wsiąść do samolotu i uciec z prędkością tysiąca kilometrów na godzinę z szarej Łodzi.
I spotkać się z synem...
Bo, co by nie mówić, tęskni się za swoim dzieckiem. Przez ostatnie trzy lata widzieliśmy się może ze cztery miesiące, a prognozy wcale nie są lepsze. Nie wiem ilu z Was poznało to na własnej skórze? Życie ucieka, a stracony czas ni cholery, nie chce się wrócić. Zawsze, kiedy odlatywał na kolejne pół roku, czułem w gardle rosnącą kluchę. Kiedy przylatywał zresztą także. I chociaż zwykle po kilkunastu minutach zaczynaliśmy się już kłócić to... wicie, rozumicie...
W sumie to i jemu nie zazdroszczę takiej tułaczki. Wszystko to fajnie wygląda później, w papierach. Byłem tam, skończyłem to, CV pęcznieje, a jego łóżko jest wciąż puste...
Kłócić się, rzecz jasna, mam z kim, i jest to ważna część życia podnosząca ilość adrenaliny skracającą nam czas. Ale czy aby na pewno musimy dążyć do jego skracania?
W mojej ulubionej książce: "Paragraf 22" jest postać Dunbara, który uwielbiał się nudzić, bo to wydłużało mu życie. Każda zmarnowana sekunda, wlekąca się w nieskończoność, była niczym bandaż na jego ranę w walce z uciekającym czasem. Zginął.
Ja jestem typem raptusa, chcę wszystkiego od razu, nie umiem czekać. Właśnie ten czas, pomiędzy działaniem, jest dla mnie torturą i wcale nie mam wrażenia, że wydłuża on moje życie. Tylko frustruje. Pewnie dlatego czuję potrzebę pisania choćby tego bloga. To zdecydowanie coś, co zaprząta mi mózg, nie pozwala na nudę i jest pewną formą kreacji, w której czuję się najlepiej. Tak, lubię sobie skracać czas! I wcale nie mam wrażenia, że skraca mi to moje życie. Wręcz przeciwnie! Lubię pracować pod presją, spieszyć się i denerwować. To mnie mobilizuje i uruchamia zapyziałe zakątki wnętrza łepetyny. Pewnie dlatego, zanim zasnę, muszę wykonać kilkaset prób ułożenia się w pozycji: "Zaśnij wreszcie gamoniu!".
Nie wiem czy już o tym pisałem, ale...
Starsi ludzie opowiadają historię swojego życia poprzez pryzmat dziesięciu wyjazdów na wakacje.
- A jak byliśmy w Ustce...
- A pamiętasz, w Sopocie...
Nie są to moje klimaty. Nie chcę na starość mieć wspomnień z pięciu miesięcy swojego życia. Chcę pamiętać wiele lat, każdą porażkę i każde zwycięstwo. Zwyczajnie... Chcę mieć o czym opowiadać wnukom. One będą mieć o wiele lepszą pamięć i natychmiast powiedzą: Dziadek! Już to mówiłeś! Godzinę temu!
I wyjdziemy na idiotę, starego pryka z demencją, sklerozą i brakiem szacunku w oczach tych, na których nam najbardziej zależy...
Dlatego uważam, że należy sobie skracać nasze życie wydłużając je, tym samym, do maksimum. Cóż po nas zostanie jeśli nie nasze myśli i słowa?
I spotkać się z synem...
Bo, co by nie mówić, tęskni się za swoim dzieckiem. Przez ostatnie trzy lata widzieliśmy się może ze cztery miesiące, a prognozy wcale nie są lepsze. Nie wiem ilu z Was poznało to na własnej skórze? Życie ucieka, a stracony czas ni cholery, nie chce się wrócić. Zawsze, kiedy odlatywał na kolejne pół roku, czułem w gardle rosnącą kluchę. Kiedy przylatywał zresztą także. I chociaż zwykle po kilkunastu minutach zaczynaliśmy się już kłócić to... wicie, rozumicie...
W sumie to i jemu nie zazdroszczę takiej tułaczki. Wszystko to fajnie wygląda później, w papierach. Byłem tam, skończyłem to, CV pęcznieje, a jego łóżko jest wciąż puste...
Kłócić się, rzecz jasna, mam z kim, i jest to ważna część życia podnosząca ilość adrenaliny skracającą nam czas. Ale czy aby na pewno musimy dążyć do jego skracania?
W mojej ulubionej książce: "Paragraf 22" jest postać Dunbara, który uwielbiał się nudzić, bo to wydłużało mu życie. Każda zmarnowana sekunda, wlekąca się w nieskończoność, była niczym bandaż na jego ranę w walce z uciekającym czasem. Zginął.
Ja jestem typem raptusa, chcę wszystkiego od razu, nie umiem czekać. Właśnie ten czas, pomiędzy działaniem, jest dla mnie torturą i wcale nie mam wrażenia, że wydłuża on moje życie. Tylko frustruje. Pewnie dlatego czuję potrzebę pisania choćby tego bloga. To zdecydowanie coś, co zaprząta mi mózg, nie pozwala na nudę i jest pewną formą kreacji, w której czuję się najlepiej. Tak, lubię sobie skracać czas! I wcale nie mam wrażenia, że skraca mi to moje życie. Wręcz przeciwnie! Lubię pracować pod presją, spieszyć się i denerwować. To mnie mobilizuje i uruchamia zapyziałe zakątki wnętrza łepetyny. Pewnie dlatego, zanim zasnę, muszę wykonać kilkaset prób ułożenia się w pozycji: "Zaśnij wreszcie gamoniu!".
Nie wiem czy już o tym pisałem, ale...
Starsi ludzie opowiadają historię swojego życia poprzez pryzmat dziesięciu wyjazdów na wakacje.
- A jak byliśmy w Ustce...
- A pamiętasz, w Sopocie...
Nie są to moje klimaty. Nie chcę na starość mieć wspomnień z pięciu miesięcy swojego życia. Chcę pamiętać wiele lat, każdą porażkę i każde zwycięstwo. Zwyczajnie... Chcę mieć o czym opowiadać wnukom. One będą mieć o wiele lepszą pamięć i natychmiast powiedzą: Dziadek! Już to mówiłeś! Godzinę temu!
I wyjdziemy na idiotę, starego pryka z demencją, sklerozą i brakiem szacunku w oczach tych, na których nam najbardziej zależy...
Dlatego uważam, że należy sobie skracać nasze życie wydłużając je, tym samym, do maksimum. Cóż po nas zostanie jeśli nie nasze myśli i słowa?
czwartek, 23 kwietnia 2015
Śluby panieńskie
Kiedyś, na wczasach w Bułgarii, opychaliśmy się najlepszymi arbuzami jakie kiedykolwiek jadłem. Były nieduże i miały cienką skórkę. Wystarczyło rozkroić i wziąć łyżkę... Pychota! Zdaje mi się, że udało mi się wczoraj kupić podobny smakołyk. Ale się nawcinałem!
Przesunęli nam wylot do Anglii o kilka godzin i musimy odkręcać bilety na autobus i pociąg do Yorku. Ja wiem czy to takie tanie linie? Nie szkodzi, świat z góry i tak jest ładniejszy, nawet z opóźnieniem. Szkoda tylko, że odpadnie nam jedna rajza po pubach. Nadrobimy...
Zatrzymałem się na zakupy na malutkim parkingu w centrum. Obok jest pas psich gówien przepleciony trawką i miejsce koczowania żuli. Ilekroć tamtędy bym nie przejeżdżał, zawsze, przynajmniej jeden, tam śpi albo biesiaduje, wtulony w wyremontowany płot. Znając gęby okolicznych żuli wiem, że to miejsce wybrali sobie ci z najniższej półki. Zakazane jakieś mordy, wszystko kulawe i zasmarkane, sine na pyskach i śmierdzące. Ale cholernie wyspane i, co ciekawe, preferujący słowo pisane. Gazeta w rękach żula jest częściej widoczna niż u innych... To żałosne. Aby nie być gołosłownym pstryknąłem im fotki. A co! Niech i oni trafią do annałów!
Życie żula to sama przyjemność. Sen na świeżym powietrzu dodaje pałera. Otoczenie spoko ziom; w końcu i kawałek trawki i daleko od szosy... I jakiś wybuchowy napój w butelce po coli. I na cholerę się przemęczać skoro życie może być tak proste?
Jednak wybór nie jest łatwy.
Trzeba zrezygnować z zakupu mikrofali i nowego dywanu, wypiąć się na lodówkę z zamrażarką, którą żona kupuje już od pół roku...
Dobra...
Przerywam pisanie o żulach i wracam do czasów, w których moja żonka była podlotkiem i popełniła największy błąd swojego życia wybierając takiego durnia na męża, czego nie omieszkuje mi wypominać zdecydowanie częściej niż moje nerwy są w stanie to wytrzymać. Jak już wspominałem, nawet chmury rozpaczały tratując szybę Poloneza ciężkimi płatami mokrego śniegu. Urząd stanu cywilnego wytrzymał niestety nawałnicę kwietniowej nawałnicy, a urzędnik dożył ceremonii. Byłem tak zdenerwowany, że teściowa zaaplikowała mi przed wyjazdem jakieś ziółka, po których stałem się obojętny na zbliżającą się ceremonię. Pewnie widać to na zdjęciach po moim zapyziałym wzroku. Sto osób obśliniło mnie całusami, Polonez odpalił i zostałem mężem swojej żony. Chwilowo jedynie cywilnym. A ponieważ chciałem mieć dwa garnitury, udaliśmy się wieczorkiem do kościoła na kolejną sesję obietnic z podpitym gościem w sutannie, który miał wielkie ubytki w uzębieniu, ale był wysłannikiem...
Po nieudanej próbie cmoknięcia mnie w rękę przez nowo nabytego teścia, udaliśmy się do sali weselnej po prezenty i na ochlaj z tańcami do rana. Normalnie, jak u wszystkich, którzy zrobili ten krok stojąc na urwisku. I tak to trwa. Oby kolejne 27 lat...
Przesunęli nam wylot do Anglii o kilka godzin i musimy odkręcać bilety na autobus i pociąg do Yorku. Ja wiem czy to takie tanie linie? Nie szkodzi, świat z góry i tak jest ładniejszy, nawet z opóźnieniem. Szkoda tylko, że odpadnie nam jedna rajza po pubach. Nadrobimy...
Zatrzymałem się na zakupy na malutkim parkingu w centrum. Obok jest pas psich gówien przepleciony trawką i miejsce koczowania żuli. Ilekroć tamtędy bym nie przejeżdżał, zawsze, przynajmniej jeden, tam śpi albo biesiaduje, wtulony w wyremontowany płot. Znając gęby okolicznych żuli wiem, że to miejsce wybrali sobie ci z najniższej półki. Zakazane jakieś mordy, wszystko kulawe i zasmarkane, sine na pyskach i śmierdzące. Ale cholernie wyspane i, co ciekawe, preferujący słowo pisane. Gazeta w rękach żula jest częściej widoczna niż u innych... To żałosne. Aby nie być gołosłownym pstryknąłem im fotki. A co! Niech i oni trafią do annałów!
Życie żula to sama przyjemność. Sen na świeżym powietrzu dodaje pałera. Otoczenie spoko ziom; w końcu i kawałek trawki i daleko od szosy... I jakiś wybuchowy napój w butelce po coli. I na cholerę się przemęczać skoro życie może być tak proste?
Jednak wybór nie jest łatwy.
Trzeba zrezygnować z zakupu mikrofali i nowego dywanu, wypiąć się na lodówkę z zamrażarką, którą żona kupuje już od pół roku...
Dobra...
Przerywam pisanie o żulach i wracam do czasów, w których moja żonka była podlotkiem i popełniła największy błąd swojego życia wybierając takiego durnia na męża, czego nie omieszkuje mi wypominać zdecydowanie częściej niż moje nerwy są w stanie to wytrzymać. Jak już wspominałem, nawet chmury rozpaczały tratując szybę Poloneza ciężkimi płatami mokrego śniegu. Urząd stanu cywilnego wytrzymał niestety nawałnicę kwietniowej nawałnicy, a urzędnik dożył ceremonii. Byłem tak zdenerwowany, że teściowa zaaplikowała mi przed wyjazdem jakieś ziółka, po których stałem się obojętny na zbliżającą się ceremonię. Pewnie widać to na zdjęciach po moim zapyziałym wzroku. Sto osób obśliniło mnie całusami, Polonez odpalił i zostałem mężem swojej żony. Chwilowo jedynie cywilnym. A ponieważ chciałem mieć dwa garnitury, udaliśmy się wieczorkiem do kościoła na kolejną sesję obietnic z podpitym gościem w sutannie, który miał wielkie ubytki w uzębieniu, ale był wysłannikiem...
Po nieudanej próbie cmoknięcia mnie w rękę przez nowo nabytego teścia, udaliśmy się do sali weselnej po prezenty i na ochlaj z tańcami do rana. Normalnie, jak u wszystkich, którzy zrobili ten krok stojąc na urwisku. I tak to trwa. Oby kolejne 27 lat...
wtorek, 21 kwietnia 2015
Nostalgia i złość
Kiedy powstawała łódzka Manufaktura, i była to jedna z największych ówcześnie inwestycji w Łodzi, "załapałem się" na jej część. Tworzyliśmy, właściwie od zera, cztery kolejne restauracje. Smutno mi, że dziś ostała się tylko jedna... A to raptem kilka lat...
W miejscu, w którym jest dziś apteka, tuż obok wielkiego napisu Manufaktura, od ulicy Zachodniej, powstawała Braseria. Taka francuska odpowiedź na McDonald's. Tuż przed jej otwarciem powstała obok "Naleśnikarnia". której także już nie ma... Ponieważ się śpieszyłem, siedziałem czasem głodny, a
dzięki specyficznemu systemowi wentylacji, Braserię nawiedzał zza ściany taki zapach, że chciało mi się płakać.
Drugą była Habibbi, chyba najlepsza ze wszystkich. Drinki, shisha, rachunek i wypad. Zanim zdążyłem nawciągać się obiecanego mi przed otwarciem, darmowego dymu z jabłek, już jej nie było.
Trzecia, w której napracowałem się najwięcej, należała do któregoś z muzyków chyba... Varius Manx. Nie... Blue Cafe.
Serwowała kuchnię hiszpańską. Nie ma jej już ze trzy lata. O wiele łatwiej grać na basie... Łódzkie "Planet Hollywood" dostało cięgi w zderzeniu z polską rzeczywistością. Nie ono pierwsze...
Ostała się jedynie Hanna Sushi. Uważajcie na żyrandol ponad wejściem jeżeli lubicie surową rybę w ryżu. Mało mnie nie zabił kiedy runął przy montażu. Nie ja go montowałem, żeby była jasność!
Polski kapitalizm jest specyficzny. Naiwni inwestorzy, wydający pożyczoną od babci kasę i remontujący trzydziestometrowy lokal są skazani na porażkę. W dobie minimarketów typu Biedronka czy Stokrotka, otwieranie czegokolwiek mniejszego jest kompletną głupotą. Do sklepu u znajomego Krzyśka chodzi się wyłącznie na piwo. Czasem po chleb i mleko. Jeżeli się zapomni...
Brakuje mi okolicznych sklepików. Zbankrutowały wszystkie w mojej okolicy.
Jeszcze nie tak dawno odwiedzaliśmy się w naszych domach aby, przy wystawnej kolacji, pogadać o niczym i pośmiać się w rodzinnym gronie. I wiadomo było dla naszych żon, że jeżeli na wokandę wchodzi polityka - trzeba imprezę powoli kończyć. Dziś wykręcamy się minutowym telefonem i zasypiamy w fotelu przy telewizyjnej nudzie. Niby jest dokąd pójść... Wielu naiwniaków wciąż liczy na zysk, po opłaceniu czynszu i ZUS-u, i siedzą po sto pięćdziesiąt godzin na tydzień we własnych knajpkach i sklepach.
Jakiś naukowiec z początków dwudziestego wieku przewidywał, że za sto lat będziemy pracować piętnaście godzin w tygodniu. Chyba myślał o sklepikarzach...
Żona sobie wyliczyła, że jej pensja, w stosunku do tej, którą dostawała przy podejmowaniu pracy, realnie zmniejszyła się o pięć procent. Ceny moich usług nie zmieniły się od dziesięciu lat. Boję się przekładać je na dzisiejsze ceny! Nie chcę być złym prorokiem, ale to wszystko idzie w złą stronę. Największą wartością kapitalizmu jest zysk, a skoro go nie ma, albo jest na poziomie zbliżonym do zera, to jaki ma sens się o niego zabijać?
Nudzi mnie ta Polska, nie lubię jej i mam ochotę wyemigrować. To nie jest tak, że nie zarabiam, ale wysiłek włożony w użeranie się z codziennością brzydnie mi z każdym dniem coraz bardziej. Najgorszy jest brak perspektyw, który zabija inicjatywę sprowadzając codzienność do pasma nudy i niedorzeczności. A walkę z tak mało określonym przeciwnikiem opisał najlepiej Cervantes.
W miejscu, w którym jest dziś apteka, tuż obok wielkiego napisu Manufaktura, od ulicy Zachodniej, powstawała Braseria. Taka francuska odpowiedź na McDonald's. Tuż przed jej otwarciem powstała obok "Naleśnikarnia". której także już nie ma... Ponieważ się śpieszyłem, siedziałem czasem głodny, a
dzięki specyficznemu systemowi wentylacji, Braserię nawiedzał zza ściany taki zapach, że chciało mi się płakać.
Drugą była Habibbi, chyba najlepsza ze wszystkich. Drinki, shisha, rachunek i wypad. Zanim zdążyłem nawciągać się obiecanego mi przed otwarciem, darmowego dymu z jabłek, już jej nie było.
Trzecia, w której napracowałem się najwięcej, należała do któregoś z muzyków chyba... Varius Manx. Nie... Blue Cafe.
Serwowała kuchnię hiszpańską. Nie ma jej już ze trzy lata. O wiele łatwiej grać na basie... Łódzkie "Planet Hollywood" dostało cięgi w zderzeniu z polską rzeczywistością. Nie ono pierwsze...
Ostała się jedynie Hanna Sushi. Uważajcie na żyrandol ponad wejściem jeżeli lubicie surową rybę w ryżu. Mało mnie nie zabił kiedy runął przy montażu. Nie ja go montowałem, żeby była jasność!
Polski kapitalizm jest specyficzny. Naiwni inwestorzy, wydający pożyczoną od babci kasę i remontujący trzydziestometrowy lokal są skazani na porażkę. W dobie minimarketów typu Biedronka czy Stokrotka, otwieranie czegokolwiek mniejszego jest kompletną głupotą. Do sklepu u znajomego Krzyśka chodzi się wyłącznie na piwo. Czasem po chleb i mleko. Jeżeli się zapomni...
Brakuje mi okolicznych sklepików. Zbankrutowały wszystkie w mojej okolicy.
Jeszcze nie tak dawno odwiedzaliśmy się w naszych domach aby, przy wystawnej kolacji, pogadać o niczym i pośmiać się w rodzinnym gronie. I wiadomo było dla naszych żon, że jeżeli na wokandę wchodzi polityka - trzeba imprezę powoli kończyć. Dziś wykręcamy się minutowym telefonem i zasypiamy w fotelu przy telewizyjnej nudzie. Niby jest dokąd pójść... Wielu naiwniaków wciąż liczy na zysk, po opłaceniu czynszu i ZUS-u, i siedzą po sto pięćdziesiąt godzin na tydzień we własnych knajpkach i sklepach.
Jakiś naukowiec z początków dwudziestego wieku przewidywał, że za sto lat będziemy pracować piętnaście godzin w tygodniu. Chyba myślał o sklepikarzach...
Żona sobie wyliczyła, że jej pensja, w stosunku do tej, którą dostawała przy podejmowaniu pracy, realnie zmniejszyła się o pięć procent. Ceny moich usług nie zmieniły się od dziesięciu lat. Boję się przekładać je na dzisiejsze ceny! Nie chcę być złym prorokiem, ale to wszystko idzie w złą stronę. Największą wartością kapitalizmu jest zysk, a skoro go nie ma, albo jest na poziomie zbliżonym do zera, to jaki ma sens się o niego zabijać?
Nudzi mnie ta Polska, nie lubię jej i mam ochotę wyemigrować. To nie jest tak, że nie zarabiam, ale wysiłek włożony w użeranie się z codziennością brzydnie mi z każdym dniem coraz bardziej. Najgorszy jest brak perspektyw, który zabija inicjatywę sprowadzając codzienność do pasma nudy i niedorzeczności. A walkę z tak mało określonym przeciwnikiem opisał najlepiej Cervantes.
Subskrybuj:
Posty (Atom)








