środa, 30 września 2015

Fryzjerzy do gazu

Każdy, choćby najgłupszy pomysł polityków i urzędasów wszelkiej maści, rozdmuchany do granicy wybuchu, ma jeden cel. Stworzyć pozory solidnie wykonywanej pracy. Pracy, której nadrzędnym celem jest dobro obywatela, którego nadrzędnym celem jest dobro swojego państwa. To tak, jakby kazać kurze żreć do czasu aż pęknie i uwolni właściciela od sadystycznego aktu ucięcia kurzego łba. Najlepiej jakby później się oskubała i wskoczyła do wrzątku wraz z marchewką i selerem.
Mniej więcej taki scenariusz przyświecał geniuszom od naszych finansów, ogłaszających loterię rejestrowania każdego paragonu fiskalnego na kwotę powyżej dziesięciu złotych, na stronie rzeczonego ministerstwa. Już widzę te dzikie tłumy blokujące serwer rozdrabniając każdy rachunek na stówę, na osiem mniejszych, w celu powiększenia swoich szans na wygranie jednej Astry raz na miesiąc!

- Wszak to tylko 7 milionów złotych... - Mówią o kosztach tego przedsięwzięcia autorzy.

Pomijając oczywisty rachunek prawdopodobieństwa, że lepiej puścić kupon totka, albo od razu wrzucić dychę do kanału, finansowi włodarze państwa zapomnieli o najważniejszym. Polacy to naród malkontentów, a nie szwajcarskich zegarmistrzów i zdecydowanie łatwiej zagonić wszystkich do kopania dołków pod przechodzącym sąsiadem aniżeli spodziewać się po kimkolwiek systematyczności.
Powinni zatem, wraz z loterią zbierania paragonów, dołączyć drugą pt. "Ten kutas paragonu dać nie chciał!".

- "Ten fryzjer z Nadrzecznej 17, obok pogrzebowego, spieprzył mi fryzurę i zamiast karmazynowego brązu wyszło marchewkowe indygo, a grzywka zaczyna mi się na plecach" - brzmiałby donos sfrustrowanej gaździny z Pcimia.
Albo...
- Zmarła świekra mojego teścia i jak ja pokażę się na konsolacji z dredami aż do dupy?

Czemu akurat fryzjer?
Bo idą jako szpica wujaszka Stalina; czując na plecach oddech enkawudystów ministra finansów są pierwszymi, na których zarzucono sieci fundując specjalną nagrodę dla sprawiedliwych wśród fryzjerów świata.
Nie dodałem, że także im dają szansę...
Jeżeli pozornie oszpecona wariatka, której nie wyszły idealne pasemka na genetycznej siwiźnie, mimo wszystko weźmie paragon i wbije go w odpowiednią rubrykę strony pana Szczurka wygrywając już nie Astrę, ale wypasioną Insignię, to fryzjer dostanie tablet. Jeden tablet na wszystkich fryzjerów w historii fryzjerstwa! Jest więc o co walczyć!

Z politykami jest mniej więcej tak, jak z przechodniami. To oni muszą mieć zawsze pierwszeństwo...

Zwykle poruszam się swoim busem, który w tylnej części ma blachę zamiast szyb i widoczność jest marna. Z tego też powodu walnąłem kiedyś w śmietnik i zarysowałem bok na latarni. Nie zlikwidowałem, niestety, żadnego przechodnia, którzy namolnie włażą mi pod tylne koła kiedy cofam, bo przecież mają pierwszeństwo i gówno ich obchodzi cofający kretyn i gablocie wielkości stadionu. Oni widzieć nie muszą. Muszą za to wygrać tę trzy sekundową walkę choćby za cenę własnego życia. Wyjeżdżając z parkingu zawsze oglądam się siedemdziesiąt razy i zawsze, w ostatnim momencie, jakaś bladź pcha mi pod koła, a czasem śmie mieć jeszcze pretensje, że jej nie zobaczyłem.
Tak widzę rolę polityków. Jedynie my mamy obowiązek ich widzieć, oni nas nie. Wybrano ich po to, aby mogli wozić dupska przynależnym im transportem i pleść idiotyzmy, od których ścina się białko. Najsmutniejsze jest jednak to, że każdy kierowca, wysiadając ze swojego auta, natychmiast przejmuje maniery pieszego i włazi pod każdy cofający samochód.
Proponuję zlecić wszystkim politykom obowiązek zakupu kas fiskalnych i prosić o rachunek za każdy wygłoszony kretynizm. Wystarczy dziesięć złotych od jednego. Plus VAT: 23 procent. Budżet się zbilansuje i stanie na nogi, politycy zamkną dzioby, a fryzjerzy w październiku odetchną, bo listopad dopadnie naprawiaczy aut.



wtorek, 29 września 2015

Zupa krawcowa

Miejsce, w które jeżdżę na grzyby, mimo że jest blisko Łodzi, przypomina Mazury.



To tereny, na których, od pokoleń, okoliczni chłopi wydobywali torf. To taki lipny węgiel używany do opalania chałup po wysuszeniu. Było go, jak widać, sporo, a dziury pozostawili ogromne. Z czasem zalała je woda i rolnicy wpadli na pomysł zbudowania elektrociepłowni Bełchatów kopiąc na jeszcze większą skalę. Święte Ługi poszły w zapomnienie, i bardzo dobrze, bo jest to czarodziejskie miejsce oddalone od asfaltu o kilka kilometrów na trudnym do ogarnięcia zadupiu. Po niebie fruwają orliki i czaple, w wodzie pluskają się szczupaki i mało kto owo miejsce odwiedza. Są też trasy turystyczne piesze i rowerowe i milion hektarów sosnowych lasów z grzybami i zaskrońcami. W czasie ostatniej wojny, wykorzystując pagórkowaty teren, bodaj armia Łódź..., przekopała okolicę transzejami i postawiła wiele bunkrów, które przydały się jak świni parasol, ale istnieją do dziś i można sobie pozwiedzać.
Lubię tam jeździć także dlatego, że są to okolice, z których pochodzi moja rodzina po mieczu i kądzieli. Niedaleko kazał się pochować mój ojciec.
Wpadłem tam dziś na kilka godzin połazić po lesie i jestem zdruzgotany. Dwa największe zbiorniki wprawdzie się ostały, ale mniejsze zwyczajnie wyparowały! W lesie nieprawdopodobnie wręcz sucho, a o grzybach można tylko pomarzyć. Ktoś, kto wpadnie tam tylko przelotnie, nie ma szans znaleźć nawet muchomora. Mnie się napatoczyło kilkanaście krawców, chyba dwa podgrzybki i trochę sitaków, ale to tylko dlatego, że wiem gdzie mogłem je zaleźć. Przynajmniej mam na jutro grzybową i sznureczek krawców do ususzenia. Nie zmienia to faktu, że kolejne lato bez opadów, może zmienić to miejsce w jakąś oszalałą pustynię.
Trudno na to cokolwiek poradzić, a ja, jeśli dotychczas miałem gdzieś całe gadanie o ekologii i ocieplaniu się klimatu, dziś jestem jak najbardziej "za".
I to chyba na tyle...
Jutro postaram się być mniej dowcipny.

niedziela, 27 września 2015

Wiele z tego co pozornie męczy, okazuje się przyjemne.

Tak ogólnie to jestem dumny z żonusi, ale może bez przesady...
Ma swoje wady.
Po pierwsze primo to kobieta, a u nich plusy dodatnie z ujemnymi czasem się nie równoważą.
Po drugie... Niezależnie od wielkości kołdry, dla mnie jej zawsze brakuje.
Po trzecie primo zrzędzi, a po następne lubi wytyczać marszruty przed każdym naszym wyjazdem dokądkolwiek.
Nasz weekendowy wypad do Zakopanego nie wymagał takich przygotowań. Piątek: Dojazd - glajcha do rana, Sobota - wycieczka po okolicy i glajcha do trzeciej, Niedziela - zimny prysznic, śniadanie i glaj... O! co, to to już nie! Grzecznie w autko i rura do domu.
Problemy tworzą się w drodze powrotnej.
Gierkówka to szambo; od kilku lat rozkopują ją za Częstochową i potrwa to ponoć do 2217 roku. Autostrada Katowice - Kraków musi być kontrolowana przez Masonów do spółki z bandą sępów, bo cena za kilometr bije na głowę apartamenty Hiltona w Singapurze, a tzw. Zakopianka... Litości! Kto jechał, to wie.
Jako, że podwójny kac zszarpał mi nerwy na tyle, że bałem się jechać nie strzelając, zleciłem Gośce uratowanie kilkunastu dusz opracowaniem drogi alternatywnej. Po krótkiej analizie owej trasy, pod Biedronką w Zakopanem, w której nabyłem mineralną w dużej ilości, doszedłem do wniosku, że nie jest to droga przez Polskę. Ponieważ jednak tuż wcześniej wjechaliśmy wyciągiem na Wielką Krokiew, wytłumaczyłem sobie nieznajomość owych nazw niedotlenieniem i ruszyliśmy w nieznane.
Ludziska Kochane!
Jeżeli ktoś przy zdrowych zmysłach nie pojedzie z Łodzi do Krakowa naszą dzisiejszą trasą, to jest idiota i głąb! Droga szeroka i równa jak stół, stówą przez każdą wieś, widoki i serpentyny, serpentyny i lasy, zero kurew, normalnie poezja dla zmysłów!
I to wszystko dzięki żonusi!
Widać niedotlenienie, w połączeniu z tabletkami na anginę, zalały mózg owym (jak to mówił imć Zagłoba) wybornym likworem, który, postępując od brzucha w górę, niesie z sobą substancyje różne, by go rozświetliły na czas pewien...  Czy jakoś tak...
Chyba zmyślam.
W najśmielszych snach nie przypuszczałem, że powrót sprawi mi tyle frajdy. Zatrzymałem się nawet, informacyjnie, w lesie na grzybki, ale nie ma. Przynajmniej tam. Jestem namolnym grzybiarzem i kiedy tylko jakiś prawdziwy donos o podgrzybkach do mnie dotrze, to jadę. Niech się nikt nie wprasza, bo nie zdradzę moich terytoriów.
Z racji permanentnej ulewy, zwiedzaliśmy Zakopane autokarem z przewodnikiem. Rasowy górol z górolskim dowcipem odnalazł prosty sposób na całą polską biedę tłumacząc jak najłatwiej się jej pozbyć, otóż wystarczy, aby...
"...głodni zjedli bezrobotnych!".
Jestem już dziś lekko zmęczony i nie chce mi się tego pomysłu rozwijać.
Zasuwajcie na Kraków przez Baby, Garnek i Smoleń! Dotrzecie przed wszystkimi i jeszcze zobaczycie, na przykład, takie perełki...


Proponuję zabrać się jako pasażer, bo po drodze zobaczycie naspis: BROWARKI 0,5
Ależ bym tam skręcił, ale żonka prowadzi tylko mnie.




czwartek, 24 września 2015

Zwyczajna mycka czyli... Dlaczego skrzypek spadł z dachu?

Całkowicie rozsypał mi się dziś facebook i nie mogę się na niego dostać. Jestem niemal pewien, że to robota Mossadu. Te cholerne Żydy zaczynają już atakować swoich agentów, bo przecież to oczywiste, że aby stworzyć tak rozległą sieć uzależnień jak Fb, spisek być musi.
Sama idea ogólnoświatowego spisku jest cholernie zabawna, ale ma podstawy. Wszakże już Sienkiewicz pisał w Trylogii, że jeśli Żyd w Wielkopolsce rano kichnie, to już wieczorem, na Ukrainie, mówią mu: Na Zdrowie!
Znaczy się... informacja jakaś płynie kanałami znanymi jedynie wybrańcom. Co ciekawe, tak było od zawsze. Ponoć już pierwszy Żyd, który przywędrował do Polski w dziesiątym wieku, ukrywał pod mycką komórę Motoroli śląc nie tylko słitfocie Kapetyngom i Ottonowi, ale i dalej, za ocean.
Znane obrazki, wyryte w południowoamerykańskich kamieniach, przedstawiają nie tylko Zauropoda wylizującego miód z ucha K'inich Yax K'uk Mo'da, ale także wyraźne plany ekspansji Piastów na Ekwador.

Czujni jak Żyd podczas okupacji, śledczy z Krainy Deszczowców, drążący każdy przejaw fanatyzmu pod auspicjami Antka policmajstra upubliczniają, z jedynie im daną wrażliwością, kolejne spiski na żywota sponsorów Radia Marysia nie dopuszczając ich guru do danych technicznych ostatnich egzemplarzy kończącej się właśnie produkcji Maybachów.

No i odbiegłem od tematu...
Przecież miałem o tych ogólnoświatowych spiskach.
Połączeni, od wczesnego Średniowiecza, siecią kosmicznych technologii, klan Żydów w zmowie z budowniczymi wolnych murów, dzierży władzę nad światem. To oczywisty fakt czemu nikt nie może zaprzeczyć. Taka jest prawda. Potwierdzają to moi liczni bliżsi i dalsi znajomi o wiele więcej wiedzący w tym temacie niż ja..
Albo weźmy takie Hollywood i całe Stany...
Każdy film to jak nie Meyer to Shapiro, każdy aktor to Goldblum, a każdy piosenkarz to oczywiście Ray Charles, no... znaczy miałem napisać Cohen, telewizja to Bloomberg... Można by wymieniać bez końca.
To ich praprzodkowie na spotkaniu, w Teheranie bodaj, opletli świat pajęczyną, którą zakończył gordyjski węzeł i do dziś dupa zbita. Będziemy się męczyć po wsze czasy.
Taki Kuroń czy Michnik...
Albo Mazowiecki...
Kiedyś spytałem jakiegoś hejtera czy Konrad Mazowiecki był także Żydem.
- Oczywiście ty posrany chuju! - brzmiała częściowa odpowiedź, bo zaraz dalej wysłał mi książkę telefoniczną Nowego Yorku z pełną listą przestępców.
Spytałem naiwnie jakim cudem zachował jeszcze napletek, ale jego oba mózgowe zwoje uległy widocznie przegrzaniu i odpowiedzi nie dostałem.
Chaotyczny jakiś ten mój dzisiejszy wpis, ale to wina żony, która ma przedwyjazdowy amok i na dwa dni musi spakować tę większą szafę z pokoju. Jedziemy na bar micwę.
Zdjęcia wymyckowanych biesiadników opublikuję, pro publico bono, po powrocie.




środa, 23 września 2015

Prawdziwa historia

Tak se usiadłem przed monitorem i gapię się w pusty ekran myśląc jakim by tu wpisem uprzyjemnić sobie dzisiejszy wieczór. Polityka odpada, bo mnie brzydzi, o Lewandowskim jakoś tyż nie, bo na piłce się nie znam i dziwi mnie dlaczego któregoś roku nie wybiorą mistrza i dadzą sobie siana raz na zawsze. Po powrocie z trzeciej krucjaty zacząłem grać w tenisa, ale i on mnie już nudzi. Miałem nawet ksywę McEnroe, bo namiętnie rozwalałem rakiety o kort i obaj jesteśmy leworęczni. Nie znam się na lotnictwie myśliwskim, bo chociaż zabrali mnie do takich właśnie wojsk, byłem tam największym leserem od czasu Zagłoby, ale to długa i nudna historia, o której już chyba kiedyś napisałem. Nigdy nie uratowałem niczyjego życia w przeręblu i nie zdobyłem Pika Komunizma zimą. Latem zresztą też. Nie będę dziś pisał o gotowaniu, bo Sławek mnie za to nie lubi i mamrocze, że marudzę. Swoje opowieści o erotycznych podbojach zostawiam dla wnuków, niech się skubańce uczą od mistrza, a zabytki Florencji ciągle stoją na swoim miejscu i każdy może je sobie zobaczyć jak tam pojedzie. Z dziesięć lat nie dostałem mandatu chociaż jeżdżę o wiele za szybko...
O! Przepraszam...
Kiedyś zatkał mi się kibel i niczym nie było sposobu go odetkać. Była oczywiście sobota wieczór. Każda domowa awaria zdarza się u mnie w sobotnie wieczory. Taka tradycja. Wysypałem cały zapas dostępnych w domu specyfików w ową gównianą gardziel i poleciałem z bambosza po kolejne. Ponieważ było późno i żadna ze znanych mi osób, przy zdrowych zmysłach, nie zwraca o tej porze uwagi na czerwone światło dla przechodniów na pustym jak Księżyc skrzyżowaniu, przeszedłem i ja, do pobliskiego sklepu. Jakież było moje zdumienie, kiedy po wyjściu drogę zastawiała mi policja.
- Przeszedł pan na czerwonym! - zaatakowali.
- Ależ oczywiście! A to nie wolno?
- Nie!
- Grozi mi areszt tymczasowy za możliwość mataczenia? - Przez chwilę poczułem się dowartościowany...
- Dostanie pan mandat w wysokości pięćdziesięciu złotych.
- Tylko tyle? W Syrii ścinają za mniejsze przestępstwa! A gdyby tu szedł Lewandowski, albo John McEnroe, to też dostałby mandat?
- Tylko Lewandowski, bo nie znamy amerykańskiego.
Wzruszyła mnie szczerość.
A włoski?
- Nie...
 -A ja właśnie szukałem w sklepie Apapu, bo kolegę, który do mnie przyjechał, zabolała głowa. Znany  włoski pieśniarz flamenco, Michał Anioł Buonarotti. Rzeźbi jak cholera na klawesynie i dudach... Za przeproszeniem... Kiedyś, w Turcji, uratowałem mu życie jak wpadł do przerębla gdzieś między Knossos a Elbą. Jak mu rozerwie czachę przez zapchany kibel, to będzie pana wina, bo to starszy już gość i ciężko utrzymać w pęcherzu czwartą flaszkę Tokaja.
- To świetny z pana pływak! - policjant zlekceważył moje groźby.
- Uczyli mnie w wojsku.
- Gdzie pan służył?
- Znany Batalion "Żabie Skoczki" z Okinawy pod Częstochową.
- Znam, znam...
- Panie Lieutenant'cie... Odpuść Pan te pięć dych. Pouczenie nie wystarczy?
- Nie mogę. Są kamery i dyspozytor pana widział.
- To kicha.
- Ano kicha.
Kibla nie przepchałem, bo wpadł tam plastikowy zapaszek razem z wieszczkiem. Trzeba było kręcić.
Takie to erotyczne bajki będę opowiadał wnukom na dobranoc.
Dobranoc


wtorek, 22 września 2015

Prawda nas wyzwoli

Słyszałem wczoraj bardzo ciekawą i, moim zdaniem prawdziwą, opinię o Polakach.
Ponoć wszystkim się poprawiło w portfelach, mało kto narzeka na brak kasy, pracy i powolnej utraty wzroku. Jesteśmy o wiele szczęśliwsi niż jeszcze niedawno.
Dlaczego zatem wszyscy narzekają?
Nie myślę tu o zidiociałych malkontentach z orłem na czole, często tuż nad grobem, rozpamiętujących Cud nad Wisłą i Dmowskiego, bo tak każe Kaczor, penetrujących slipy każdego, który nie myśli systemem: Zajebać Żydów!, Masoneria do Gazu!, Suka Kopacz zdradza Polskę i wysyła prośby do Merkel o terrorystów z Afryki!.
Posługując się ich retoryką... Jedynie utylizacja...
Mam nadzieję, że poza ową rozmodloną grupą nieokiełznanych chamów, całej reszcie jednak się poprawiło, ale każdy zrzędzi. Narodowa przywara? Po części na pewno. A przyczyny? Proszę uprzejmie...
Powiedzmy, że żyje sobie jakiś taryfiarz, który świetnie zarabia wożąc nocą call girl milionerom. Ma najnowszego merola i w dupie kasę fiskalną. I cóż z tego, że tylne fotele nie zawsze spływają dolarami i ojro, zbudował dom za Franki, oczywiście dla picu, bo trzeba było jakoś to wszystko wyprać, a tu masz ci los...
Bezpieczna waluta wyfrunęła ponad chmury i, spadając, nadepnęła mu na odcisk. Teraz musi zrobić dodatkowy kurs w miesiącu. Niby nie marudzi, że jego dzieci przymierają głodem i ma gdzie mieszkać; że ma odłożoną kasę na wakacje w tropikach, a czasem darmowego loda, ale przecież światowy spisek na jego pieniądze odbiera mu pełnię życia i ponarzekać musi.
Każdy może sobie znaleźć coś, co mu się nie podoba, rzecz w tym, na co kładziemy akcent.
Jeśli własne podwórko to jest ok, ale ta władza to hańba! Im dalej od nas, tym gorzej! Kliniczny przykład wirtualnych emigrantów ciągnących za sobą baby z dziećmi obładowane dynamitem. Ale teraz to już nie tylko baby i dzieci. To także Platforma, Tusk, Merkel i prezydent Izraela i Myszka Miki.
Przypuśćmy, że dziesięć procent Polaków nie lubi czosnku, dwadzieścia brokułów, a piętnaście salcesonu i wszyscy jedynie o tym mówią. Oczywiste jest, że tworzy nam się obraz nienawiści u prawie połowy nacji. Politycy jeszcze to akcentują, bo zbliżają się wybory i muszą wszystkim spróbować wyczyścić buty nawet jeżeli są to trampki na wf. Składając to wszystko do kupy jawi się nam krajobrazu po bitwie, chamstwa i poruty, w obliczu których jedynie ojciec Rydzyk, pod pachę z Kaczorem, może nas wyzwolić.
I dlatego wygrywa PiS!
Wniosek jest prosty...
Zgłodniałem i usmażę sobie jajecznicę.





Trza się odchamić...

Nigdy nie byłem fanem nadmorskich kurortów w stylu Sopotu czy Międzyzdrojów. Są to raczej miejsca dla niedopieszczonych szpanerów z kompleksem Edypa, którzy przyjeżdżają wyłącznie po to, aby pochwalić się swoją nową beemą i dresem z trzema paskami na rękawach. Nieodłączny złoty łańcuch wraz z dokompletowanym finglem na fakersie, dopełnia szczytu zburaczenia.
Zdecydowanie nie moja liga, a poza tym nudzę się nad morzem jak diabeł na pokucie i po trzech dniach bym prysnął na pobliskie Mazury, gdzie można chociaż wejść do lasu na grzybki i zdeptać zaskrońca. W co można wdepnąć na sopockiej plaży chyba nie muszę mówić...
Zdecydowanie czuję potrzebę większego ruchu niż wbicie parawanu w piaskownicę i uwalenie się na kocu.
Zdecydowanie preferuję góry.
Pamiętam mój pierwszy wyjazd w Bieszczady anno domini '77, który zorganizował nauczyciel fizyki z mojego liceum. Gość całkowicie zakręcony na punkcie wręcz sportowego drałowania po górach, z dobytkiem na plecach, przez całe wakacje. Wędrowne obozy, każdy jesienny i wiosenny rajd, nawet biegi na orientację, zaliczaliśmy niemal hurtowo, przez cały rok. To wówczas zakochałem się w górach. Bieszczady w latach siedemdziesiątych były dziczą, a ich mapy pokazywały drogę z precyzją rzutu młotem. Dwukrotnie zdarzyło się nam, idąc wydrukowaną drogą, wyjść dwadzieścia kilometrów od miejsca, do którego zmierzaliśmy. Piękne czasy! Spróbowalibyście lokalnego piwa z dębowej beczki w Wetlinie...
Na szlakach zero turystów, a nad głowami przelatujące orły. Będąc tam dziesięć lat później zastałem asfalt sterty śmieci.
Dziś chyba bałbym się tam pojechać, chociaż...
Z wiekiem człek robi się coraz bardziej leniwy, a góry jakieś wyższe. Potrzeba wygody nie zachęca do spania w namiotach i oblucji w lodowatym strumieniu.
Któregoś lata stojąc na korytarzu w pociągu, na jednej nodze, oparty o plecak oparty o drzwi kibla, przypatrywałem się pewnemu śpiącemu facetowi. Nie żeby był jakiś nadmiernie przystojny, po prostu nic go nie było w stanie obudzić. Wreszcie, gdzieś w okolicy Krakowa, otworzył oczy i spytał:
- Kiedy będziemy w Pile?
- To pociąg do Zakopanego!
- Nie szkodzi.
I po diabła to wszystko dziś piszę?
Ano dlatego, że spadamy w najbliższy piątek do kolejnego kurortu, tym razem w górach, czyli Zakopca. Nie przewiduję wylewania potu, plecak zastąpi mi bagażnik, a młodzieżowe schronisko - dobry hotel. Ponoć góry najpiękniejsze są we wrześniu. Trzeba to sprawdzić, bo miesiąc się za chwilę skończy. Na dodatek to sponsorowana impreza, a nam zostaje tylko na nią dojechać.
Mam fatalne zdanie o dżipiesach, bo już nieraz wyprowadziły mnie na manowce, ale do Krakowa grzeję przecież autostradą, a "Zakopianka" jest reliktem, z którego nie sposób zboczyć. Chyba, że do Poronina, do naszego wodza.


Nie ma to jak kręte ścieżki Tatr...